Odniesieniem źródłowym poznańskiej wystawy, a także podobnych organizowanych w innych miastach, jest monografia „Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza”. Publikacja ta, stanowiąca 2 tomy (trzeci tom dotyczący okresu 1975-1990 jest przygotowywany), jest opisem historii tworzenia struktur i kadry aparatu bezpieczeństwa w Wielkopolsce w latach: 1944–1956 oraz 1956–1975.
Od 5 czerwca 2007 r. na placu Wolności w Poznaniu można uważnie się przyjrzeć fotografiom ludzi władzy komunistycznej, tych, którzy rezydowali m.in. w budynku przy ul. Kochanowskiego. Wystawę „Twarze poznańskiej bezpieki” zorganizował Oddział Instytutu Pamięci Narodowej. Jest ona fragmentem ogólnopolskiej inicjatywy badawczej Biura Edukacji Publicznej IPN. Będzie dostępna dla publiczności do 22 lipca.
W dniu otwarcia, po południu 5 czerwca, na plac Wolności dotarła najpierw mała grupka zainteresowanych. Później przybywali liczniejsi. Przystawali przed tablicami, uważnie sczytując prezentowane tam fotografie dokumentów, notki biograficzne i studiując oblicza funkcjonariuszy służb wzbudzających trwogę, wrogość i żywą niechęć w czasach ich wszechwładnych uprawnień − za mroczny i agenturalny tryb działania i za rolę, jaką pełniły w budowaniu i funkcjonowaniu komunistycznego systemu.
Zażywny jegomość nagle skomentował: „Jak to jest, że ich tutaj się pokazuje. A czy pomyślał kto, że trzeba także brać pod uwagę, że działali legalnie. Co czują ich synowie i wnuki, gdy ich ojca czy dziadka tu się napiętnuje…” I zaraz skrytykowany, dodawał: „Ja tu przyjmuję tylko rolę advocatus diaboli”. Gromadka jego słuchaczy, którą przyciągnął swoim donośnym i awanturniczym stylem perorowania, była zdumiona, oburzona jego opiniami. Jedni prychali, ciskali gniewne spojrzenia. Drudzy zaciskali usta w pogardzie lub krzywili w grymasie dezaprobaty. „Żeby też takich bronić!” − wykrzyknęła wreszcie jedna ze starszych poznanianek przyglądających się wystawie.
„Wiemy, wiemy, co potrafili ludziom zrobić, jak nękali” − komentował wiekowy już widz, który tu przyszedł z córką. „Dobrze, że jest ta wystawa, ale nie mogę na nich patrzeć. Tu tacy cacy, gładcy, a tam jak tyrani − z wykrzywionymi ustami i poprzekręcanymi mózgami − przeciwko swoim braciom, rodakom…” − mówił ze łzami w oczach…
„Nasłuchałem się opowieści o tych oprawcach… szkoda gadać, a patrzeć im w te oczy na papierze mogę teraz śmiało. Powinni im jednak te oczy zasłonić, bo oni nie mieli wstydu i do ostatka trzymają się teraz grubych portfeli” − tak podsumował swoje wrażenia mieszkaniec Leszna, który przyjechał do stolicy Wielkopolski w innych sprawach, a przechodząc przez centrum przez przypadek zobaczył wystawę. A ja miałam w zanadrzu kilka przemilczanych strof.
Stefania Pruszyńska