Sytuacje w wielu odmianach. Mało poetyckie, mało nawet ludzkie czy znane z inżynierii drogowej. Czytelnik się upomniał o konkretyzację przykładów tych sztuk w teatrze poza teatrem, więc piszę postscriptum.
W teatrach stworzonych w marketach, sklepach, sklepikach, galeriach… W apogeum tych sztuk jest gorąco! Pilnowacz aktor, a właściwie Minotaur, wrzeszczy na kobietę czy wspomnianego w felietonie starszego pana, którzy „nie stosują się do drogi przyjętej dla klienta, czyli aktywnego widza”: Pan chciał wyjść z tym koszykiem! Wezwę policję! Tam nie wolno było pani, panu iść! Trzeba drogą wyznaczoną do kasy! Mam obowiązek łapać wszystkich, którzy chcą uciekać z towarem! I oddawać w ręce policji!
Prawy, czyli uczciwy klient czy klientka − widz tego teatru spod znaku miłego owada w kropki czy zielonego gada albo innej marki, mający jako takie poczucie swobód, czyli wolności obywatelskich podczas wybierania towarów z półek i chłodziarek czy zamrażarek, a nawet ten już „zaszczuty rygorami”, czyli „doświadczony”, a więc obeznany ze sceną i jej dramaturgią, ma prawo po takim wrzasku podanym bez znieczulenia i tak nagle, i tak głośno − mówić co najmniej o doznaniu oszołomienia! Przemocy wynikającej z praktyki podejrzewania każdego o zamiar kradzieży!
To niebywałe, zwłaszcza że na ogół sceny tych teatrów są wyposażone w wejścia i wyjścia bez komunikatów, które z tych szpar między obiektami nieruchomymi jest wejściem, a które wyjściem. I właściwe niekiedy nie wiadomo w ogóle, w jakim kierunku „wolno” się poruszać i dlaczego w takim razie nie ma także „stójkowych” na skrzyżowaniach rzędów regałów. Gdy rząd wielu nieczynnych kas wyznaczają szarfy, a 2 czynne kasy z żonglerkami elektronicznymi znajdują się w kącie teatru i dopiero można je zauważyć po pokonaniu drogi przez cały teatr − labirynt, dezorientacja jest nieunikniona. A ileż razy trzeba też dopisywać do scenariuszy specjalne własne „partie wokalne”, gdy do towaru trzeba szukać aktora rozładowywacza towarów, aby podał, która cena dotyczy wybranej łakoci czy „badanego marketingowo” konkretu z wołu. Albo gdy czytnik cen trudno znaleźć czy nie działa on mimo ekwilibrystyki towarem i tężenia emocji następującej po świętej cierpliwości…
A jakaż to satysfakcja dla aktorki tego teatru, zajmującej się ważeniem ryb, gdy dostrzeże, że aktywny widz ma czelność fotografować telefonem swoją malusią córeczkę zdumioną urodą i wielkością łososi… „Tu jest zakaz fotografowania, zaraz wezwę kierownika!” − wykrzykuje triumfalnie i z poczuciem mocy swojej misji lojalnościowej wobec właściciela teatru… owa specjalistka od prawa ustanowionego w jej teatrze. I tak oto dziewczynka, córeczka kochającego taty, musi zmarkotnieć, bo jej tacie chyba coś złego zrobią za to, że ona się tak zachwyciła tymi łososiami. Może nawet straci ona i jej tata raz na zawsze ochotę na zachwyt albo łososie?
Można by popełnić dzieło wielkie, przedstawiając wszystkie te zawiłości dramatyczne w owym teatrze poza teatrem. Rozpoznajcie je sami, szanowni Czytelnicy. I błagam Was, bądźcie ostrożni w tych teatrach! A może zaopatrzcie się w jakieś lunety, najmijcie własnych ochroniarzy.
Stefania Pruszyńska
Ilustracja: Teatr poza teatrem, Stefania Pruszyńska
