
Wczesne popołudnie. W ulubionej restauracji jak nigdy dotąd – pustka. Selenia zaglądała do niej raz po raz. Zawsze z zaufaniem do serwowanych tu specjałów: świeżych, delikatnych. Sztywne menu tu nie istniało. Można było dowolnie modyfikować swoje apetyty. Polubiła tutejsze zwyczaje. Zapewniały dobry klimat spotkań z przyjaciółmi, umówionym rozmówcą czy zwykłe poobiednie odprężenie sam na sam z piórem w ręku w miłym gwarze z dyskretnym poszczękiwaniem sztućców i łagodnie sączącą się muzyką klasyczną. Nie omijali podwoi tego przybytku ideowcy, idealiści, buntownicy-krytycy – niekonwencjonalni bliżsi i dalsi jej znajomi z fantazją. Zachodzili tu nie tak rzadko, by po posileniu się apetycznym jadłem przy zestawionych stolikach żywiołowo dyskutować przy lampce wina nad mizerią lub chwałą kultury. Miał swoje miejsce w tym gronie niejeden jeszcze ze szlifami studenta. A też co rusz przystępował do deliberacji nowicjusz – świeżo upieczony absolwent.
Tym razem Selenia w ciszy wertowała swoje notatniki i uzupełniała zapiski. Nagle z zamyślenia wyrwał ją sporych gabarytów młody człowiek, który nie wiadomo skąd wyrósł przy stoliku:
– Pani s i ę j u ż zdecydowała?!? – cedził niskim dynamicznym tenorem.
– Przepraszam… na co? – odpowiedziała, wzburzona napastliwym tonem.
– Bo pani to chyba żyje z myślenia!! – wyraźnie zmierzał do wytrwania w zaczepnej arogancji.
Selenia próbowała od razu znaleźć jakieś żartobliwe antidotum na tę nieprzyswajalną miksturę. Na odpowiedź nie miała szans – nieznany jej ciemnowłosy, śniady, postawny, muskularny młodzian w uniformie kelnera wylewał na nią coraz głośniej i agresywniej ironizujący monolog:
– Bo pani żyje z myślenia? Tylko z myślenia? Tylko z myślenia, tak? Tak? Proszę, proszę, żyje z myślenia! – powtarzał kilka razy ze zjadliwą lubością.
Jak to możliwe, że takiego nieokrzesańca przysłał i w ogóle zatrudnił XY – elegancki i nienagannych manier, sympatycznej naturalnej grzeczności właściciel restauracji, który przecież już przyjął moje zamówienie?! Nic dziwnego, że dziś tutaj straszy pustką. Pewnie ten gbur zdążył już wszystkich wypłoszyć… – w milczeniu sumowała naprędce.
Tymczasem kelner po serii akustycznych odsłon swoich skłębionych emocji teraz stał przy stoliku, wwiercając w nią swoje nieustępliwe spojrzenie. Jego uparte wyczekiwanie na reakcję, mimo że zegary wymierzyły ledwie minutę czy dwie, może trzy… przebrało wszelkie miary.
– Żyć z myślenia… A nie… to też, lecz niezupełnie. Żyję z zachwytu, miłego przyzwyczajenia… a przede wszystkim z odwagi życia i myślenia, proszę pana!! – ciągnęła wyzywająco a lakonicznie Selenia. Wyprowadzona z równowagi i zniecierpliwiona, zdając się na filozoficzny uniwersalizm i swadę w ironicznym oznajmieniu – nie chybiła. Rozsierdzony młodzian raptownie zbliżył się do niej, pochylił się i łypiąc na nią przekrwionymi oczami, i dysząc niczym ciężko ranny zwierz, wykrzyczał jej prosto w twarz:
– A ja, proszę pani, żyję z napiwków!! Z naa…piiw…ków! – zaciekle intonował, gestykulując z aktorstwem żywcem przejętym ze sztuk dramatycznych. Nieświadomy, że za plecami ma już właściciela restauracji z wazonem różnokolorowych astrów. Napiętego jak drapieżna struna.
Stefania Pruszyńska
Wszelkie prawa zastrzeżone