Niepojęte, co może urządzić spotkanie ze zjawiskiem o atrybutach uciechy za trzy grosze albo dla odmiany − innowacyjności rodem z piekła scenografii bądź z grubsza wystruganą maską oryginału. Każde z tych objawień może bez jakichkolwiek ograniczeń gustować w bawieniu się ingrediencjami receptury: byleby nie przypominać dawnej poczciwej klasyki. A wtedy oko w oko okazuje się ni mniej, ni więcej, że wyrzucono za burtę wszystko, co nijak dostrajało się do zegarów i potencjałów kreatywności nowej epoki.
Obserwacja w ostojach dawnej szacowności artystycznej kreacji na przykład mód na rewolucyjną usilność albo nasłuchiwanie echa podszeptów z półki komercyjnego mizdrzenia się do neoortodoksji bądź neofickiej szarlatanerii potwierdza, że niweczenie iluzji sztukmistrzostwa jest samo w sobie odpowiedzią: nic od razu nie wynika ani z determinacji scenicznej, ani ze składników ukrytych pod formami. Może w reżyserce niezbyt celnie nastawiono armaty? − zastanawiam się, dobrotliwie i nostalgicznie kąsana pamięcią treści oryginałów. Bywa więc, że niekiedy nawet nie sięgam do swojego arsenału satyrycznego, a hucpa i tak gotowa!
A którym to percepcjonistom w takich okolicznościach silniej niż zazwyczaj przemawia do słuchu i widu uniwersalna gwarancja: żeby zawsze trzymać rękę na synapsach − dla zachowania zdrowej kondycji w obliczu niespodziewanych zjawisk?
Kogo też ani cyklon przebrany za zefirka, ani negliż kawalerski na święto kobiet, ani szemranie zabawki dronowej pod sceniczną powałą*, ani kukiełka z żywej lalki zrodzonej w inkauście dostojnego pisarza − zdaje się nie frustrować tym, że takie przeistoczenia mogłyby jednak grzeszyć większym poczuciem miar i wag?
A pytam, bowiem takiej grzeszności w ostojach szacowności artystycznej (gdy kto się uprze jej wypatrywać i wie, czego wypatruje) − ledwo co policzyć na palcach! A jeśli nawet owa grzeszność zogniskuje się w polu widzenia − manifestuje, niestety, że ani myśli klaskać pospołu z większością. Ot, indywiduum − ani krzty kompromisu, ani śladu manii klakierstwa. Aż ciarki chodzą po grzbiecie, gdy zdać sobie sprawę, jak taka skamieniałość może rozdrażniać rozgorączkowanych! I kto by pomyślał, że można by właśnie tej posągowej grzeszności pozazdrościć − geniuszu przedpotopowego smaku percepcji czy finezyjnej zmowy z grawitacją i lotnością naraz. I nade wszystko − zaszczytu może już w salonach Fredry za przymioty intelektu, artyzmu i ducha odznaczonej przez Cześnika orderem: „Zna proporcją, mocium panie!”**…
Stefania Pruszyńska
Grafika: Multi Eyes. Autorka: Stefania Pruszyńska. Wszelkie prawa zastrzeżone
Przypisy ___________________________________________________________________________________________________
* Poznańscy bywalcy i miłośnicy teatru od razu odczytają eksperymentatorskie zasługi niektórych spektakli.
** Cytat fragmentu wypowiedzi Cześnika z I aktu i pierwszej sceny oryginału „Zemsty” Aleksandra Fredry.