„Świat stanie się jedną wielką, globalną wioską” − prorokował Malcolm MacLuhan. To proroctwo spełniło się, jeśli pomyślimy o mediach, zwłaszcza o Internecie. Wszyscy mogą się spotkać w jednym miejscu, nawiązać kontakt, dowiedzieć się czegoś o sobie nawzajem, ale wirtualnie. Nikt jednak nie mógł przewidzieć tego, że ludzkość zapragnie kontaktów realnych, tego, że nastąpią zbliżenia odległych kultur, zdaje się niekiedy endemicznych, i wreszcie tego, że nowe rozwiązania będą sprzyjać poszukiwaniu źródeł.
Każdego roku latem w Ostrowie Wielkopolskim lub Antoninie powstaje taka globalna wioska, ale całkiem realna. Przybywają przedstawiciele muzycznej bohemy, aby zaprezentować swoje kultury muzyczne, tradycje, obyczaje, instrumentarium. Artystyczne życie wioski wzbogacają projekcje filmowe, wykłady i warsztaty.
Dawnymi czasy, kiedy spiker zapowiadał w radio „Kwadrans z muzyką ludową”, natychmiast z obrzydzeniem przekręcałem gałkę radioodbiornika. Natomiast z uwagą śledziłem w gazetach ramówki „jedynki”, aby nie przegapić reportaży z egzotycznych krajów. Pojawiały się audycje z nagraniami z „czarnego lądu” i Ameryki Południowej, prezentujące egzotyczne obyczaje dzikich plemion, bogato ilustrowane autentyczną muzyką. Jak mógłbym wyjaśnić moją niechęć do folkloru rodzimego, przy jednoczesnym zainteresowaniu muzyką etniczną, tak odległą, w przestrzeni i tradycji?
W okresie powojennym młodzież była zafascynowana muzyką taneczną zza oceanu. Na parkietach królował swing do czasu, kiedy to władze postanowiły rozprawić się z tą „kapitalistyczną zgnilizną”, propagując zdrowy folklor rodzimy. Importowane tańce zastąpiły rodzime kujawiaki, mazurki, oberki i polki. W poszukiwaniu repertuaru muzycy sięgali do bogatego zbioru Oskara Kolberga. Niestety, nie znajdowali tam nic, co nadawałoby się do bezpośredniego wykorzystania.
Pojawił się nowy termin opracowania, które w gruncie rzeczy nie miały nic wspólnego z folklorem, były jedynie mniej, lub bardziej udanym naśladownictwem, stylizacją na ludowo własnych pomysłów, odpowiadających zapotrzebowaniu propagandowemu. Nie było też mowy o zastosowaniu oryginalnego instrumentarium. Z końcem epoki socrealizmu muzycy powrócili do normalnego, modnego repertuaru rozrywkowego, a etnografowie wyruszyli na wieś w poszukiwaniu autentyków. W tych poszukiwaniach mieli aprobatę władz, dzięki czemu powstało sporo zespołów folklorystycznych, które starały się pod okiem instruktorów pielęgnować regionalne tradycje.
Nieszczęściem było to, że uczyli się folkloru od zawodowców, a nie muzykantów pamiętających jeszcze dawne praktyki wykonawcze, nie przejmowali też od nich starych instrumentów ludowych. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zespoły folklorystyczne prezentowały się i rywalizowały na licznych przeglądach i konkursach, jednak przy zupełnym braku zainteresowania ze strony publiczności. Ucieczka ze wsi do miasta była miarą awansu społecznego, więc nawet ci, którzy pozostawali na wsi, nie tęsknili za ludowością, lecz nowoczesnością.
W epoce bigbitowej lansowano hasło „polska młodzież śpiewa polskie piosenki”, które szybko zreinterpretowano jako postulat poszukiwania własnego oryginalnego repertuaru. Niektóre zespoły miały ambicje sięgania do folkloru. Do bardziej udanych należały dokonania Skaldów, którzy jednak szukali inspiracji nie tylko w folklorze góralskim, ale i w muzyce klasycznej. Swoistym dziwolągiem, który powstał na tej fali była grupa No To Co, stylistycznie nawiązująca do angielskich zespołów skiflowych, prezentująca nieistniejący folklor rodzimy, przystrojona w pseudoludowe serdaczki.
Twórczymi okazały się inspiracje folklorem w jazzie. Album Zbigniewa Namysłowskiego „Kujawiak goes funky” był entuzjastycznie przyjęty przez miłośników gatunku.Za oceanem swoimi kujawiakami zaskoczył i zachwycił publiczność Michał Urbaniak. To właśnie w środowisku jazzowym pod koniec lat siedemdziesiątych zrodziła się idea wydania serii płyt z muzyką etniczną.
Oficyna PSJ wydała albumy z muzyką łemkowską, łotewską, żydowską i australijskich aborygenów. Mnie jazzmani przekonali do folkloru i odkryli przede mną muzykę etniczną.
Badacze i wykonawcy muzyki folklorystycznej starają się udokumentować i przekazać dawne, tradycyjne melodie, pieśni, tańce, związane z kulturą ludową, w możliwie najwierniejszy sposób. W badaniach etnograficznych poszukuje się korzeni rozmaitych kultur. W praktyce wykonawczej muzycy związani z nurtem etnicznym w dawnych formach muzycznych, technikach gry i instrumentarium szukają inspiracji dla swoich jak najbardziej współczesnych utworów. Nawet najbardziej staranna rekonstrukcja nigdy nie będzie wierną reprodukcją. Można przyjąć z pewnym prawdopodobieństwem, że gdyby była zachowana ciągłość w uprawianiu sztuki ludowej, to dokonania np. Kapeli ze Wsi Warszawa moglibyśmy potraktować jako jak najbardziej współczesną muzykę rozrywkową, wyrastającą z tradycji rodzimego folkloru, a nie jako żywą archeologię.
Radiowy popularyzator muzyki etnicznie inspirowanej Wojciech Ossowski zjawisko to określił mianem „nowej tradycji”. Termin przyjął się i pod tym hasłem odbywają się coroczne konkursy na fonogram z muzyką inspirowaną folklorem polskim i mniejszości narodowych, zamieszkujących historycznie rozumiane tereny Polski.
Takich dylematów nie mają muzycy z odległych, dla nas egzotycznych, krajów; techniki wokalne, skale, schematy rytmiczne, którymi się posługują, są dla nich czymś naturalnym i jak najbardziej współczesnym, wywodzącym się z rozmaitych tradycji. Podpowiem, że rezultat jest fascynujący. Uważam to za nowatorskie podejście do muzyki w ogóle, a nie tylko do tradycji wykonawczej klasyki. Paralele istnieją między wieloma muzykami, choć ich twórczość jest niezależna i wyjątkowa.
Na kolejnych edycjach ETNO EKO FEST można było usłyszeć twórców, którzy swoje tradycyjne rodzime rytmy i melodie mieszają z tak odmiennymi gatunkami, jak jazz, rock, muzyka klezmerska, elektroniczna, klubowa, a nawet klasyczna. Ten kierunek poszukiwań tylko zaciera granice między gatunkami współczesnej muzyki, łączy je w jeden wspólny nurt muzyki przyszłości.
Współczesny rock stał się schematyczny i przewidywalny, a inne gatunki muzyki rozrywkowej podpierają się technologią i wypróbowanymi procedurami produkcyjnymi, wszystko wzbogacane wyrafinowanymi efektami wizualnymi. Niestety, nie dostarczają one nowych wzruszeń i wrażeń. Publiczność w swoich poszukiwaniach zaskakiwana jest odkryciami nowych estetycznych zjawisk w nurcie etnicznym. Dlatego od kilku lat trzy pokolenia melomanów wiernie kibicują ostrowsko-antonińskim imprezom: rytmom reggae (Reggae na Piaskach), jak i word music (Etno Eko Fest).
Andrzej Wilowski
