Rozmowa z Antonim Luczysem, członkiem Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, oddziału w Poznaniu
W Pana życiorysie Wilno to miejsce szczególne…
− Tak, pochodzę z Wilna, urodziłem się tam w 1930 roku.
Jak Pan z tej perspektywy czasowej i obecnie mieszkaniec Poznania ocenia obecne relacje międzyludzkie?
− Tu nie ma teraz żadnego serca, żadnego ducha, sentymentu do naszej kultury. Wszystko jest tak brzydko oparte o walkę o byt, a to kosztuje ducha i serce… Kiedyś trzeba było być. Jeśli prezentowałeś odpowiedni poziom, kulturę – to byłeś. Teraz decyduje pieniądz. „Bez serc, bez ducha… to szkieletów ludy” − na to nie ma rady.
Czyżby zabrakło romantyków, idealistów?
− Obawiam się, że w tej chwili z racji sytuacji polityczno-ekonomicznej nikt nam nie pozwoli myśleć romantycznie. Takie myślenie umiera.
A powracając do wątków wileńskich, w tym do znanego wielu choćby z nazwy kaziuka. Ciekawi mnie, jak Pan wspomina to święto z Wilna.
− Pierwszy mój kaziuk przeżyłem w 1939 roku. A dokładnie 4 marca 1939 r. Byłem na tym kaziuku z moimi rodzicami. A dodam, że później, właśnie w 1939 r., mój ojciec trafił do niewoli, w której przebywał do 1945 r., więc byłem w czasie wojny jedynym mężczyzną w domu… mając 10 lat i kolejnych kilka.
Tamten pierwszy kaziuk był troszkę inny od tego, który mamy teraz tu, w Poznaniu. Był on bardziej folklorystyczny, naturalny. To był rodzaj targu, kiermaszu. Organizowano go na pl. Łukiskim, tzw. Łukiszki w okolicy kościoła św. Jakuba i Filipa… To było szaleństwo handlowe. Kupowano tam jako prezenty wiele przedmiotów. Wszystko naturalne, żywność prosto z gospodarstwa: masło w osełkach, naturalna śmietana, wypieki i tak wiele innych wyrobów. Przyjeżdżali z nimi do Wilna na ten kaziuk ludzie ze wsi, którzy cierpiąc wielką biedę, starali się wykonać to, co miało szansę być kupione w mieście – rękodzieło na przykład, a i ciekawe, dzisiaj już raczej niespotykane przedmioty, jak wałki do wałkowania bielizny. Artystów nie było, tylko lokalne, małe zespoły ludowe. Nie było też takiej organizacji jak teraz w Poznaniu.
Przypominam sobie przy okazji pewną historyjkę, która wiązała się z tym, co komuna uczyniła z Wilnem i jak na to reagowaliśmy. Bo komuna niszczyła architekturę, usuwała wykusze i gzymsy z kamienic. Wyrównywała. To dramatyczne. Reakcje na to były… wiadomo jakie, ale żal pozostał.
Kiedyś na postawionym w Wilnie pomniku Lenina, na jego ręce, postawiono wiadro z nieczystościami. Wiadro to szybko zrzucono. Dla nas, młodych wilnian: żulików, chuliganów, to była wielka radość.
A w Pana ocenie, opinii Wilnianie w Poznaniu i w innych regionach są liczni? I jak się układają Wasze kontakty, spotkania?
− Muszę pani powiedzieć, że choć jest to Towarzystwo, to Wilnian jest już mało. Przeważnie poza zorganizowanymi imprezami nie mam z nimi kontaktu. Trochę smutne to jest. Jednak mam rodzinę.
Z Antonim Luczysem rozmawiała Stefania Pruszyńska
Na fotografii Antoni Luczys
Fot.: Stefania Pruszyńska
Publikacja z Gazety Autorskiej „IMPRESJee” www.impresjeee.blox.pl, z 13 kwietnia 2012 r.
