






W podróży samochodem Lechosława L. pławimy oczy w morzu maków, które w tym roku rozkwitły tak bujnie, że niemal wszędzie są widzialne ich ciepłe czerwienie. Najintensywniej tlą się przy drogach, obrzeżach wzrastających zbóż i na nasypach kolejowych. Płomienne maki, obrane przeze mnie za symbol miłości i polskiej przyrody, odkrywam w różnych fazach rozkwitu.
Nagle samochód zwalnia. Mijamy na szosie rozjechanego kota. Widok wdzierający się w myśli i budzący skrajne emocje wreszcie znika. Nie potrafię jednak nakazać pamięci jego zatarcia, mimo że co rusz przybywa nowych pejzaży i sygnałów życia obserwowanego zza szyb. Kolejny – wpisuje się drgnieniem kształtnej szarości w tle wschodzącej świeżej zieleni – i oto po chwili statycznej czujności z rzadkiej trawy wyłania się i poboczem przebiega spłoszony zając. A nad polami kołują ptaki. Raz po raz jakiś skrzydlaty samotnik zrywa się z koron drzew i zaraz przeszywa niebo jak strzała, by niknąć na horyzoncie.
Grzegorz Gołębniak sam niczym sokół dostrzega je od razu i nazywa: jastrząb, myszołów, podając liczby tych skrzydlatych braci naszych. Na polu mnóstwo kiwających główkami w swoim dreptaniu myśliwych – amatorów śniadań o nieznanym bliżej menu: gawronów, trochę wron, kawki… A gdzie kruki?
Historia z krukami, którą roztaczał w odpowiedzi Grzegorz G., nieco zamazała mi się w pamięci, lecz brzmiała dramatycznie: zdecydowano o odstrzale tych ptaków, aby eliminować ich nadmiar. I pewnie dlatego widok tych czarnych i drapieżnych olbrzymów jest już rzadkością. Kto stoi za tym barbarzyńskim pomysłem, by je wytrzebić?! – bezsilnie dziwię się, wzburzona. Tymczasem Grzegorz G. dopowiada jeszcze, że w końcu kruki liczono i że dane o nadmiarze tych ptaków okazały się wyssane z palca. Spróbuję go namówić na tę opowieść ponownie, a także na inne.
Oboje z Lechosławem L., nie nadążając za Grzegorzem G. w celnych obserwacjach zaokiennej jawy – dla niego nie mającej nic wspólnego z trwaniem w bezruchu, bowiem co chwila odkrywa kolejne ptasie przeloty – nie szczędzimy mu różnych prztyczków typu: „Panie Grzegorzu, jest pan nawiedzony…” albo: „Znów pan widzi niewidzialne”. Oczywiste, że w naszych komentarzach góruje nad niby kąśliwością – przecież z czystej uzasadnionej zazdrości pomieszanej z podziwem dla jego pasji, wiedzy i umiejętności – sympatia i poczucie wspólnoty w idei!
Brakuje mi w tym pejzażu jaskółek – ptaków radości i beztroskiego tańca w locie, mającego cechy dziecięcej wesołości. Wreszcie w którejś mijanej wsi pan Grzegorz je dostrzega i zaraz wykrzykuje:
– O, tu są te pani jaskółki!
– Nie widzę…! – odkrzykuję z rozżaleniem, odginając karkołomnie na wszystkie strony głowę i rozglądając się z energią zdeterminowanej poszukiwaczki tych pełnych finezji, ciepła, optymizmu i na przemian śmigających i kołujących w powietrzu balerin i baletmistrzów. Samochód znów pognał z tego miejsca zbyt szybko!
Opowiadam zaraz moim cicerone po obszarach natury historię o tym, jak to kiedyś znajomy poznaniak po powrocie z zagranicy (Afryki!) wybrał na ukojenie trapiącej go wiele lat nostalgii za Polską i pejzażem Wielkopolski – jedyny rokujący dobrze lek: objazd naszej krainy i nasycenie się jej urodą z bajecznymi barwami pól, drzew i lasów. Do tej pory leczy się naturą, niemal dosłownie pożerając jej nieprawdopodobne a bliskie nie tylko jemu osobliwości… Przemierza wielkopolskie wioski, miasteczka. Łazikuje po polach, leśnych duktach… Przystaje raz po raz, myśli i nieraz fotografuje, aby pochwycić jakieś drgnienie barw czy fizjonomię rzadkiej leśnej rośliny. Gdy kupił nowy samochód na te wyprawy i dom w małej wielkopolskiej wiosce, zakochany w przestrzeni i wolności, którą one obdarowują – opuścił w końcu Poznań.
Wreszcie Kłopot. Wieś z domami zanurzonymi w ciszy. Ledwie dziewczyna na drodze. Mieszkańcy – w swoich pieleszach. Pewnie po śniadaniu. A Muzeum Bociana Białego zamknięte! Siurpryza nieprawdopodobna. Taki szmat drogi pokonać, by tam nie zajrzeć… i znikąd nie móc uzyskać wyjaśnienia. Może wiatr zerwał jakąś kartkę z drzwi… Za to nie zawodzi natura – najbliższe gniazdo z żywymi symbolami szczęścia raczy nas widokiem mamy czy taty i pono trzech bocianiąt! Radość ogromna! Tyle że tych nowych mieszkańców Ziemi dojrzały jedynie wprawne oczy Grzegorza G., lecz najpewniej w zmowie z obiektywem gotowym do uwiecznienia całego siedliska i jednocześnie nauczonym gorliwości w służbie ochrony przyrody, nie zostały zdekonspirowane na zachowanej pomniejszonej fotografii. Bodaj dziobek tylko jednego z bocianiąt odrobinę się odsłania zza gałęzi w gnieździe… Koniec maja, więc najpewniej jeszcze za małe, by ich wyciągnięte szyjki i ku utrapieniu swych karmicieli nieustannie zachłannie rozwarte dziobki można było podziwiać bez wspinania się na jakąś pobliską drabinę. I tak oto zachwiała się kariera wizerunkowa na publicznej arenie boćków z pisklętami w Bocianiej Wiosce, wprawiając nas, ich potencjalnych promotorów, w zakłopotanie. Zakłopotanie – w Kłopocie…
Stefania Pruszyńska
Fot.: Stefania Pruszyńska i Grzegorz Gołębniak