Ten dach nad głowami w poznańskim Domu Romskim jest w światłach szczerych powitań − nie za wielki salon z trzema Cygankami w żywych barwach wymalowanymi na ścianie, zegarem-skrzypcami, kwiatami dyskretnie udającymi żywe − dlatego pewnie w kąciku. Stół długi, dzięki zestawieniu kilku stołów pokryty obrusem. Metalowe miseczki, na takiejż tacy różności, sporo owoców. W szklanych dzbankach − soki, herbata. I ten róż na deskach podłogi. Różowe obramowania. I jeszcze motyle na firankach. Delikatnoskrzydłe siostry moje… Te pierwsze przyniosłam sama − z radości.
Dom Romski w Poznaniu zna już spora gromada tuziemców i cudzoziemców. Gościli w nim na zaproszenie Fundacji „Bahtałe Roma”: wojewoda wielkopolski Tadeusz Dziuba, radni, profesorowie (ostatnio prof. Tadeusz Adamek), dziennikarze, poeci, muzycy różnych nacji i pokoleń, nawet przedstawiciel palestry londyńskiej, wielu Romów z wielu krajów, w tym nawet z Egiptu, utalentowanych pasjonatów, licznych różnych profesji mieszkańców Poznania, Wielkopolski i innych regionów Polski i Europy.
27 sierpnia zawitali tu zaciekawieni zaproszeniem na „Cygańskie skrzypce i opowieści”. Miklosz Deki Czureja z rodziną przyjął wszystkich z wielką sympatią i uśmiechem. A co szczególne − muzyką z dwóch dusz, które zlały się w jedną. Skrzypce aż rozedrgały się od tęsknych, lecz radosnych pień i mistrzowskich popisów Miklosza Deki Czurei. A nie sposób ich było ugasić tak szybko − rwały jak rumaki z pożaru serca. To była prawdziwa uczta romantycznie uniesionych brzmień.
Pogawędkom także nie było daleko od skrzypiec. Miklosz, gospodarz tego spotkania, nie szczędził różnych ciekawostek, wspominek, a także informacji. Uczestnicy pytali o muzykę romską, o drogę na estrady świata − ma przecież Miklosz w dorobku zaszczytne nagrody różnych festiwali, a i szczególne uhonorowanie go w 1986 r. w Monachium II laurem festiwalu i tytułem Króla Czardasza za genialne wykonanie czardaszy. Mówił o zamiarach i udanych już inicjatywach, np. o otwartej w Poznaniu jego imienia szkole muzycznej I i II stopnia, do której już zgłosiło się sporo kandydatów, a także o szkołach publicznych z trybem eksternistycznym − od podstawowej do liceum − dla dorosłych i nie tylko przecież Romów (tu ogromne zasługi i dobra wola Fundacji „Bahtałe Roma” i jej prezes Anny Markowskiej z córką Gabrielą są nie do przecenienia!!). Uczestnicy spotkania byli bardzo zadowoleni tą biesiadą i wyrazili wolę częstszego kontaktu. Wychodzili, mówiąc, że swoimi wrażeniami się podzielą z innymi, aby wiedzieli i zainteresowali się zarówno rodziną Czurejów, zespołem „Tatra Roma”, Domem Romskim, jak i w ogóle aktywnością fundacji i problematyką i problemami społeczności romskiej.
Tyle jeszcze do zrobienia. Trzeba przełamać wiele zapóźnień, w tym zwłaszcza w edukacji i podejściu Romów do pracy i do nich jako potencjalnych pracowników. Setki lat złej tradycji, dramatu Romów przeganianych z miast do lasów, gnębionych, traktowanych okrutnie, nawet teraz często upokarzanych w różnych sytuacjach. Po dziś dzień widzianych najczęściej jako muzykantów na różnych uroczystościach czy ulicznych, żebrzących i wróżących kobiet, często pomawianych o kradzieże. Romów spychanych na margines, często bezkarnie gnębionych, mordowanych (jest literatura na ten temat), podzielonych rodzinami. Mających jednak takich przedstawicieli, którzy pragną integracji środowisk romskich, a także integracji ze społeczeństwem, w którym żyją. Tak wielu z nich wyjeżdża do krajów przyjaźniejszych, gdzie mechanizmy społeczne i polityka społeczna umożliwiają im dobre warunki socjalne, podejmowanie pracy zarobkowej. Są to czasowe wyjazdy, zwłaszcza nasilające się w okresie jesienno-zimowym. Mówią o tym często sami, starając się sobie nawzajem pomagać. Bogatsi z nich dzielą się z biedniejszymi i z nie-Romami. Problem zachowania odrębności kultury jest już postrzegany jako przekaz tradycji – sami Romowie korzystają z dobrodziejstw techniki i cywilizacji. Nie żyją już w taborach przecie…
Stefania Pruszyńska