Nie widziałam tym razem Ogiera z batutą, w dodatku rżącego, czyli dyrygenta wsławionego trwaniem przy pulpicie mimo nawałnicy krytyki mediów, publicznej i gniewu rozognionych Koników orkiestry z pozostałymi członkami naszej poznańskiej Stajni Wielkomuzycznej. Za to jego nazwisko, czyli dyrygenta, dyrektora − bohatera mojego pierwszego felietonu filharmonicznego, widniało na wielkiej zacności zaproszeniu na koncert − z miejscem dla mnie w II rzędzie! Co zatem dzisiaj straszyło w Poznańskiej Filharmonii?
Na pewno nic wspólnego ze straszeniem nie miał Koncert skrzypcowy C-dur Maurycego Moszkowskiego z wirtuozowską lekkością spływający ze skrzypiec samej znakomitości polskiej liry − Krzysztofa Jakowicza. A że było to prawykonanie tego utworu, w dodatku wyróżniające wyborem i prezentacją artysty szacowną Stajnię Wielkomuzyczną w Poznaniu, okraszone jego bezpośrednią a sympatyczną przemową rozsiewającą dookolną urokliwość, doznałam nie tylko ulgi, lecz wręcz zachwytu.
Zazwyczaj nie szarżuję paletą emocji i zadziwień. Tym razem trudno mi było o powściągliwość, gdy okazało się, że K. Jakowicz swoimi trzema bisami pokonał twórców wybranych dzieł, poczynając od Niccolo Paganiniego, z którym podjął arcypolemikę w Kaprysie nr 15. Nie mogło też wywołać negatywnego wrażenia, że na pierwszy bis maestro wybrał Andante dzisiejszego koncertu − bo w istocie to najbardziej plastyczna część pejzażu lirycznego tego utworu, odsłaniająca naturę i klimat dojrzałej refleksji muzycznej.
Podobnie nie było najmniejszej mocy straszenia w drugim bisie tego artysty − także Kaprysie, tyle że Grażyny Bacewicz, biorącym nasze polskie dusze na zakładników − swojsko nam brzmiącymi liniami melodycznymi z otwartymi wielobarwnymi przestrzeniami polskiego krajobrazu.
A jak daleki był od tak niskich intencji, by straszyć − wytworny gest Krzysztofa Jakowicza wręczenia otrzymanego bukietu kwiatów wiolonczelistce czy taniec jego stóp, które ku zadziwieniu rytmicznie unosił ponad deski sceny, nie ustając jednak w brawurowym smaganiu i gładzeniu strun smyczkiem, nie zapytam wiecznych malkontentów ani neurotyków czy zazdrośników.
Niemożliwe też, by budziła popłoch filharmonijna orkiestra, bo zagrała z kunsztem, a urody muzycznej jej Koników i przedstawicielek płci nadobnej pozazdrościć mogłaby niejedna stajnia muzyczna.
Źródłem nawet choćby niepokoju nie mogła być w żadnym razie część Symfonii fantastycznej op. 14 Hectora Berlioza: Droga na miejsce stracenia i Sabat czarownic czy co najwyżej przytłaczająca ponurością Droga, która usposabiała jedynie do wytężenia wyobraźni na wizję kompozytora. Podobnie muzycznych tonacji Sabatu, wprawdzie skrzącego innymi finezjami niż te niezmiennie fascynujące mnie w Nocy na Łysej Górze Modesta Musorgskiego, nie sposób byłoby odczytywać według miar z planety rozochoconego Posejdona, nieszczędzącego piorunów i nawałnic.
Dyrygent koncertu Tomasz Bugaj, gość wielu europejskich orkiestr, poprowadził poznańskich filharmoników do kolejnego sukcesu scenicznego. A gdy wyściskał dłonie wszystkich muzyków z pierwszych szeregów filharmonijnej orkiestry i poprosił o powstanie z miejsc muzyków instrumentów dętych i perkusyjnych, aby im wyrazić swoje uznanie głębokim ukłonem, wyzwolił iście płomienną aurę z feerią braw publiczności.
A zatem co dzisiaj straszyło w filharmonii?
− Pustka, proszę Państwa!
Bo to ona − ignorantka i arogantka rozsiadła się na widowni w tylu wygodnych fotelach. Pustka aż wstyd − na takim koncercie!
Stefania Pruszyńska