Atmosfera podgrzewana  rykiem silników i pędem na łeb i szyję metalowych rumaków z wczepionymi w siodła na ich grzbiecie  gladiatorami ma coś z szaleństwa. Widownia, wpatrzona z napięciem w kołujących po torze żużlowców, wodzi głowami za nimi. Co rusz powstają z miejsc kibice roznamiętnieni akcjami zawodników, którzy zresztą nie szczędzą sił i z piekielnym ogniem rwą po zwycięskie laury…

Nagle Rafał Wilk, który jest w czołówce 8. wyścigu,  uderza w bandę i spada na ziemię. Na leżącego wpada maszyna z  rywalem, a zaraz  obaj znikają z oczu w tumanie rudego pyłu.  Wzburzona, przerażona a bezsilna na ławce stadionowej,  jestem zdana jedynie na oczekiwanie na komunikat z megafonu.

Po paru minutach? domyślam się bardziej niż to widać − na torze jest wreszcie służba medyczna. I uwija się przy obu leżących. Martin, jak później ustaliłam jego i drugiego zawodnika tożsamość − wstaje z pomocą lekarza czy sanitariusza. Kuleje, odprowadzany poza tor.  Rafała zanoszą do karetki, która odjeżdża na sygnale.

A z megafonu płyną słowa. Co one znaczą wobec niewiadomej…

„Publiczność jest współwinna czy niewinna?” −  rozmyślam, przygnębiona. „Gdyby nie chciała oglądać takich zmagań, ta dyscyplina nie miałaby racji bytu. Komu zależy na tym, by młodych wystawiać na takie ryzyko?  Kto ich zachęca do uprawiania tych karkołomnych piruetów na motorach?” − rozważam.

Później dowiaduję się, że Rafała przewieziono do krośnieńskiego szpitala i natychmiast zoperowano. Złamanie kręgosłupa na wysokości lędźwi − wysoka cena brawury! Jaka, wiedzą ci, którzy przeżyli długie miesiące leczenia i rehabilitacji. W cierpieniu, smutku, niepokoju, lęku, poczuciu przerażającej samotności, gdy nie ma nikogo blisko, przy łóżku…

PSŻ Poznań zorganizował zbiórkę pieniędzy na leczenie.  Zbierali je na trybunach wśród widzów 21 maja 2007 r. członkowie fanklubu „Skorpiony”. W puszkach darczyńcy złożyli 3064 zł i 13 gr.  Nie brakuje ludzi dobrej woli w Poznaniu.

Polskie tory żużlowe najbezpieczniejsze na świecie. Szukając informacji w Internecie, natrafiłam na „Czas na dyskusję o bezpieczeństwie żużlowców” − wiadomość PAP-owską w Sports.pl z 28 maja 2007 r. „Według przewodniczącego Głównej Komisji Sportu Żużlowego Piotra Szymańskiego polskie tory należą do najbezpieczniejszych na świecie i spełniają wymogi Międzynarodowej Federacji Motocyklowej (FIM)”.

Ta opinia jednak nie ma mocy zaklęcia i nie gwarantuje młodym zawodnikom bezpieczeństwa.

Żużlowy maj w czerni. W tym ekstremalnym sporcie, jak wielu ocenia żużel, maj okazał się dramatyczny dla niejednego śmiałka. Rafał Wilk − w Poznaniu.  Młodziutki, 20-letni Czech Michal Matula zmarł w szpitalu po wypadku na torze żużlowym w Krośnie − taki był finał uderzenia w bandę. Podczas innych spotkań, np. ekstraligi, Tomasz Jędrzejak z Atlasu Wrocław i Krzysztof Buczkowski z Polonii Bydgoszcz doznali kontuzji, podobnie jak Wiesław Jaguś w szwedzkim Eskilstunie podczas Grand Prix. Lista jest dłuższa (por. Jakub Michalak, Filip Łazowy, „Kartki za agresję na żużlu?”, „Gazeta Wyborcza”, Toruń, 13. 06. 07).

Zawodnicy tracą życie po takich wypadkach. Albo są okaleczeni i muszą odbywać długie terapie.

W artykule w Sports.pl jednym z opiniodawców w sprawie bezpieczeństwa  i wypadków  na torach żużlowych jest młody były sportowiec żużla Krzysztof Cegielski, który 3 czerwca 2003 roku doznał urazu kręgosłupa, a teraz jest sparaliżowany.

Groźnych sytuacji jest wiele. A gdy zawodnicy szarżują czy ze zmęczenia popełniają błędy, prawdopodobieństwo gwałtownego zdarzenia i urazu jest wyjątkowo duże.

Czy można w ogóle mówić o bezpieczeństwie, gdy walka z rywalami o zwycięstwo wymaga mierzenia się zarówno z tym, co przewidywalne, jak i nie dające się przewidzieć?  Zwłaszcza gdy tak wiele zależy również od sprawności metalowych rumaków. Groźnych w pędzie, nad którymi nie sposób w pełni panować w emocji i niepohamowanej woli przekraczania własnych, naturalnych barier.

Plastrony także okazały się niebezpieczne − wypadek zaczepienia się zawodnika o ten identyfikator na jednym z torów uzmysłowił organizatorom także i takie zagrożenie.

Obserwatorką zawodów na  torze  poznańskiej „Olimpii” byłam po raz pierwszy.  Od tego dnia, tj. 3 maja 2007 roku, nie mam już w planach bywania tam widzem zmagań współczesnych gladiatorów. Młodych ludzi, dla których jest tyle innych zwycięskich perspektyw.

Stefania Pruszyńska

Fot.:  Maciej Włodarski


Tags: