Igraszki z savoire-vivre`em. Felieton nieświąteczny

Uwadliwienie natury ludzkiej głupotą i niegrzecznością, absolutnym brakiem albo tylko niedostatkiem kindersztuby, nieumiejętnością sprawiającą przykrość, to właśnie ten szczególny wizerunek  kondycji psychofizycznej, kultury osobistej, duchowej. Objaw znizinnienia, któremu tak daleko do górowienia, jak ogarkowi do gejzeru…

Przypadłość ta jednak ma także walory śmiechoterapii, na przykład objawionej w komediach filmowych. Tam przecież, w  obrazach wypieszczonych wyobraźnią autora scenariusza, reżysera, a co oczywiste − dopieszczonych  talentem aktora, dzieje się wiele dzięki niekonwencjonalnym akcjom z udziałem geniuszy wzniecania śmiechu. Te sceny i zachowania aktorów nie tworzą pustyni − z bezmiarem zranień ducha i psyche, lecz leczą nasze myśli z przeróżnych zjadliwych właściwości.

 

Na co dzień scenka, w której musielibyśmy na bankiecie ścigać łyżeczką turlającą się wisienkę (jak Charlie Chaplin w znanym niemym obrazie), udając, że to bardzo przyjemne, może nas mocno skonfundować. I uniemożliwić − co gorsza − ciekawy czy też poważny dialog z interesującą nas personą. Wątpię, żeby sympatycznie było dostojnemu np. jubilatowi, gdyby  ni stąd, ni zowąd nasza energia ze studni głupoty czy też ze zdewiowanego złośliwością  gestu powitania wcisnęła w jego eleganckie ubranko − piętrowy tort z górą bitej śmietany. Chyba że doceniałby wyjątkowo np. okazję do ekshibicjonizmu − odsłony  walorów torsu czy też innych fragmentów swojej cielesności. Jubilatka w tej sytuacji pewnie bardziej doceniłaby męską pomoc.

 

Takim mistrzem jesteś, jak swoim zachowaniem malujesz własny portret. Ach te  gesty grzeczności  i spontaniczne, miłe zachowania − z  merdającego ogonkiem repertuaru wirtuozów towarzyskich. Ach to poczucie humoru, które sprawia przyjemność adresatowi i nadawcy. Dowód  żywej inteligencji i inspirujących natchnień. Lubimy być wirtuozami!
 
Stefania Pruszyńska

 
 

Tags: