
Zauważyłam go w połowie maja, gdy zamigotał tuż przy moich stopach. Ledwo się poruszał, zataczając się jak miotany orkanem.
Ze złożonymi skrzydełkami, z trudem drepcząc i słaniając się raz na jedną stronę, raz na drugą − leżał co chwila jak martwy i co chwila się podnosił. A co gorsza, czy to usiłując się schronić, czy też pokonać słabość – uginając się tak tuż przy krawężniku na parkowej ścieżce, wyraźnie upadł na dłużej. Znieruchomiał na kilka sekund pod źdźbłem trawy. Nie zaprzestawał jednak walki, lecz już coraz rzadziej ją podejmował i tylko na moment udawało mu się wyprostować czy rozwinąć skrzydełka.
Obserwowałam go, zastanawiając się i coraz bardziej się niepokojąc, dlaczego tak rozpaczliwie się szamocze. A był tym pierwszym motylem, który objawił się tamtej wiosny. Jedynym w okolicy już rozbudzonym wiosennie – mimo chłodu, jednak już nie tak przejmującego jak kilka dni temu. Podmuch wiatru teraz był znacznie łagodniejszy.
Podjęłam błyskawicznie decyzję. Pragnąc podołać niemal żonglerskiemu wyzwaniu utrwalenia obrazu zdarzeń jedną ręką − podeszłam do niego już bliżej z aparatem. Przyklękłam przy nim, a po kilku powtórkach jego dramatycznych prób i zmagań ze sobą samym − podsunęłam mu palec wolnej lewej ręki. Próbował wdrapać się na opuszek. Był słaby. Podawałam mu palec wiele razy − spadał za każdym razem… Aż wreszcie wszedł i z czubka palca zaraz wybrał jako cel swojej wędrówki – wewnętrzną część mojej dłoni. Delikatnie i niemal jak parawanem osłoniłam go zaraz lekko ugiętymi palcami. Po kilkunastu sekundach palce stopniowo rozchylałam. A on nadal pozostawał na dłoni, wyraźnie spokojny, dając znaki życia, może zadowolenia, przebieraniem nóżkami. Pobył w tym cieple jeszcze 2 – 3 minuty… A gdy dłoń uniosłam wyżej… najpierw wspiął się na jej brzeg i nieśmiało raz po raz rozpościerał skrzydełka. A wtem nagle silnie je wyprostował, potrzepotał nimi kilka razy, za każdym razem energiczniej i pewniej i… odważnie pofrunął!
Tekst i fot.: Stefania Pruszyńska
Na fot. 1: Tylko na moment udawało mu się wyprostować czy rozwinąć skrzydełka;
Na fot. 2: Gdy wszedł na opuszek palca, zdołałam wstać i utrwalić chwilę jego małego zwycięstwa;
Na fot. 3: Po kilkunastu sekundach pod osłoną palców jak niemal parawanem pobył 2-3 minuty na mojej dłoni;
Na fot. 4: Tuż przed odlotem…


