Tegoroczna październikowa aura nie sprzyja rozwojowi grzybni w lasach Wielkopolski. W zielonej otulinie Obrzycka, miasta w województwie wielkopolskim (w latach 1975 – 1998 w województwie poznańskim), powiecie szamotulskim, położonego przy ujściu rzeki Samy do Warty, grzybów jadalnych nie było. Nawet niejadalne okazały się rzadkością. Na pociechę pozostał Adam Mickiewicz z poetyckim opisem w „Panu Tadeuszu” pysznej bujnością obfitości dawnych borów.
Niedawna moja wyprawa do lasu koło Obrzycka, w którym pośród dominujących sosen wzrastają młodnikowe brzozowe i sosnowe zagajniki, dowiodła, że grzybów jadalnych tam darmo by szukać. Po drodze pojawiło się kilka blaszkowców kwalifikowanych jako niejadalne.
− Ani podgrzybków w sośninie, ani koźlaków w brzezinie. I sowy niedosiężne, tajemne… Osowiały? − myślałam, zawiedziona. Gołąbki i surojadki pewnie również poukrywane w owocnikach pod igliwiem czy mchami, których tutaj jest jeszcze sporo. Zielonki we śnie w piaskach, a opieńki na pniach niewidzialne gołym okiem. Gdzież by tu marzyć o dorodnym borowiku, chociaż siedlisk przyjaznych temu szlachetnemu gatunkowi w tym miejscu nie brakuje. Na pociechę pozostał Adam Mickiewicz z poetyckim opisem w „Panu Tadeuszu” pysznej bujnością obfitości dawnych borów.
Na fotografiach utrwaliłam za to urodę lasu i czerwonych muchomorów, znalezionych niemal cudem − taka posucha grzybowa, mimo nawilżonej niedawnymi deszczami ściółki… Wprawdzie internetowe atlasy grzybowych eldorado informowały o tym, że pokaźny wysyp zaobserwowano gdzie indziej i dalej − w okolicach Piły (miasta w województwie wielkopolskim, odleglejszego jednak od Poznania) czy w Krakowskiem, lecz nie w pełni im dowierzałam. Widać było jednak, że o tej sytuacji miejscowi miłośnicy grzybnych łowów mają pełne rozeznanie − w lesie ani żywej duszy, poza dwiema paniami zażywającymi spaceru z pieskiem.
W tej podobrzyckiej leśnej krainie, w której do woli można się rozkoszować czystym powietrzem nasyconym aromatami, specyficznymi dla każdej pory roku, swoiście powabnymi jesienią, nie mniej niż całkowity brak grzybów jadalnych zaskoczył mnie tutejszy zwyczaj zawiadamiania − na kartce przyklejonej na brzozie rosnącej tuż przy szosie. Elektrownia użyła − i pewnie nie od dziś używa − tego sposobu do zakomunikowania mieszkańcom przyleśnych siedzib, kiedy nastąpią przerwy w dostawie prądu.
Tekst i fot.: Stefania Pruszyńska









