















Krajobrazowo nawiązuje do stylu angielskiego – cieszy oko urozmaiceniem barw, kształtów, tajemniczych zakamarków z małymi łączkami. Poznański publiczny park Sołacki jest uroczą enklawą zieleni z kilkoma tysiącami drzew i kilkunastoma tysiącami krzewów różnych gatunków, rozciągającą się wzdłuż doliny przepływającej przez nią Bogdanki. Zajmuje obszar ok. 16 ha między ulicami: Małopolską (kierunek północny), Litewską (na południe), Nad Wierzbakiem (od wschodu) oraz Niestachowską (od strony zachodniej).
Nieduża rzeka Bogdanka tutaj przewęża się i spiętrza, stwarzając wrażenie rozdzielonych stawów, nazywanych Stawami Sołackimi. Przejście nad jej leniwym nurtem umożliwiają malownicze mostki i mosty. Parkowe asfaltowe alejki spacerowe wieczorami oświetlają latarnie stylizowane na XIX-wieczne, w dzień zaś kuszą złaknionych chwili odpoczynku takie też, w dawnym stylu, ławki. Prowadzą w głąb tej gęsto zadrzewionej oazy na tarasowy półwysep nad tzw. wielkim stawem, gdzie znalazła swoje lokum restauracja o urodzie architektury tchnącej wyciszeniem i harmonią z otoczeniem. Aktualnie ten budynek swoim wyglądem jedynie nawiązuje do pierwszego, który postawiono w tym miejscu w 1912 r.
Bogdankę upodobały sobie kaczki, które stanowią atrakcję zwłaszcza dla dzieci. To małe niby-ZOO na wolności milusińscy obserwują najchętniej.
O dziejach słów kilka. Park Sołacki założył w latach 1909 – 1911 Niemiec Hermann Kube, ówczesny dyrektor Ogrodów Miejskich w Poznaniu. Wyzwaniem okazało się osuszenie części podmokłej doliny Bogdanki i utworzenie sztucznego jeziora. W okresie międzywojennym to tutaj właśnie mieszkańcy Poznania zdążali po wytchnienie, słuchali muzyki, pływali łódkami, a zimą jeździli na łyżwach.
Obie zawieruchy wojenne szczęśliwie dla parkowej natury omijały tę oazę, co widać chociażby po zachowanych wiekowych drzewach, dających swymi pokaźnymi cieniami w skwarne dni lata ulgę spacerowiczom.
Rekonesans w parku u schyłku lata 2022. Mając wczesnym popołudniem 12 września zegary za sprzymierzeńców w pragnieniu podjęcia dialogu z przyrodą, odrzuciłam wszelkie plany jazdy do centrum Poznania. I też przypadkiem znalazłszy się nieopodal parku Sołackiego, czemu sprzyjała zmiana trasy kursowania autobusu, nie mogłam się oprzeć pokusie doznania na początek ulgi od wielkomiejskich tłumów i hałasu ulicznego, a też iluzji wędrówki po lesie.
Słoneczny dzień już od rana miał posmak smętku późnego lata. A tego stanu ducha nie sposób pokonać bez próby zatrzymania barw i kształtów i dosłyszenia w sobie mowy natury. Tego dnia łagodnie pokornej, przygaszonej, coraz wyraźniej przygotowanej do rezygnacji z niedawnych mocy. Bliskiej pogodzenia się z nieuchronnością zastygnięcia w śnie jesienno-zimowym. Zrzucającej już gdzieniegdzie pożółkłe czy nawet pordzewiałe liście. Tu i ówdzie lekko zszarzałej, a też w innym zakątku zaskakującej świeżą soczystą zielenią traw. Nieodłączne wierne oko obiektywu pojmowało w tych okolicznościach wagę swojej misji. Do tych obrazów będę powracała w chwilach nostalgii…
Stefania Pruszyńska
Fot.: Stefania Pruszyńska
Wszelkie prawa zastrzeżone