Mijałam Panią niedawno na poczęstunku podożynkowym w Lubaszu… Była Pani „bledsza, może śpiąca, może bardziej milcząca” − pomyślałam słowami Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej… Ale wtedy też siłowałam się z pytaniem: Co też te innopióre, innosłowe istoty, lubujące się w smaczkach wielce pieprznych, nawyprawiały z Pani kobiecym wizerunkiem, że nie zapragnęłam z Panią rozmawiać czy raczej za wcześnie zrezygnowałam z podejścia do Pani?
A stała Pani sama, przez dłuższy czas odwrócona tyłem do stołu, patrząc na mnie bez zmrużenia oka i z żałośnie wygiętymi w podkówkę ustami. Osmucona pewnie tym, co i z jaką emocją onegdaj sama o sobie Pani rzekła. Również nie mrużyłam oczu. A rzekła Pani z wyraźną samofascynacją (nie przewidując stereotypu prezentacyjnego, który potem utkwił w zbiorowym przełyku pamięci), przytaczając opinię nieascetycznego, niewątpliwie rozżartobliwionego męskiego pożądliwca: „…powiedział, że mam kurwiki w oczach”.
Któż by nie cenił autoironii, nawet żartu dla pospólstwa ku autosarkazmom idącego czy satyry. W kabarecie, teatrze. Zwłaszcza tej wysmakowanej satyry i tego żartu w dobrym stylu − ze śmiechem do rozpuku i jednocześnie takim łagodnie łechcącym intelektualne strefy odbioru. Połączenie obu możliwości to misterna konstrukcja. Hołubię je jako żywo, choćby dla zdrowia ducha i ciała, ale życie poza deskami scenicznymi nie ubiera się w szaty błazna takiego jak Stańczyk ku bezecności w radości tłumów widzów. Widzów zniewolonych czy gapkowatych albo jak małpki na patyku pociąganych za sznurki zazwyczaj przez partaczy od marionetek… że nie dostrzegających i nie rozumiejących niczego poza tą ziemią, na której stoją nieruchomo i posągowo z rozdziawionymi gębami.
Ale ad rem. Kobiecości bynajmniej nie stroi suknia frywolności ani polityczności. Raczej obnaża. Także mężczyzn. Skutek: uroda obyczajowa niektórych argumentów wymaga zasłony dymnej…
„Cały w tym ambaras, żeby dwoje chciało naraz”… rzekł był fraszkopisarz na użytek, jak mniemam, nie tylko dialogu płci − zapewne swojej wyobraźni nie wytężał jednak tak bardzo, że mógłby przewidzieć wariant z taśmą… Niewinną długą folijką, która utrwala głos. A co słychać, to słychać! W dodatku można te głosiki powielać. Chyba że folijka się zerwie… we wszystkich kopiach i oryginale naraz.
Jednak czy karuzela stanowisk się zatrzyma, gdy w jej tryby wkręci się prowokacja? Czy psychologii, strategii i taktyce sejmowej przysporzy to właściwej arytmetyki? Bo taka tylko troska w tej chwili zdaje się dominować nad dobrem publicznym w tej instytucji demokracji. Dzisiejsze wypowiedzi i komentarze choćby „Gazety Wyborczej” odsłaniają logikę polityków, utrwalającą praktykę omijania niebezpiecznych zakrętów: nadzwyczajnej debaty Sejmu nie będzie w sprawie Pani taśm ani trybu nadzwyczajnego w oglądaniu pod lupą argumentów za samorozwiązaniem parlamentu.
A o Pani taśmowym wyczynie pisze się i mówi: „prowokacja”… „afera taśmowa”. Cóż tam − jak w „Weselu” rzecze Poeta: „Słowa, słowa, słowa”. A Pan Prezydent krasi także figurą stylistyczną czy strategiczną: „Może w przyszłym tygodniu włączę się w sprawę rozwiązania sytuacji”…
Stefania Golenia Pruszyńska
PS Szanowni P.T. Czytelnicy i Pani Renato Beger − ten felieton pisałam na żywo… To i owo nieraz zmieniając i stylizując z patosem godnym lepszej sprawy. Trzepoczę się teraz w tej swojej nieswojej chmurze.