Wrażliwe barometry każdej epoki – Stefania Pruszyńska

Cukier krzepi – to mające przedwojenną datę hasło reklamowe ukuł pisarz Melchior Wańkowicz. Zarobił na nim majątek. Zwięzła i sugestywna treść jego myśli przekonała miliony do słodkiego buraka cukrowego w kryształkach. Obecność na współczesnym  stole tego produktu i wielu innych wyznaczają realia odmienne od tamtych z początków XX wieku. Stołownicy są jednak wrażliwymi barometrami każdej epoki.

– Rozsądek nie ma tu nic do rzeczy! – wykrzyknął  rozochocony rosły mężczyzna, najwyraźniej miłośnik cukru, który dokładając do koszyka kolejną torebkę z tym specjałem i cedząc słówko po słówku,  przedrzeźniał slogan: – Krzepi… krzepi… krzepi…

– A może nam zdrowiej będzie bez tej białej trucizny? –  zauważył inny wysoki. Postawił szybko na półce wyjęte z koszyka dwie torebki ze skrystalizowanym burakiem cukrowym i nie ustając w swoim zamiarze zracjonalizowania diety, przypomniał:

– Minister zdrowia Szumowski słusznie w ubiegłym roku  tłumaczył, że ani cukier, ani mięso nie są wskazane – osłabiają system immunologiczny. Zalecał dużo warzyw. Pamiętam, że mówił o 600 gramach dziennie. Aby organizm był odporniejszy na koronawirusa.

– Panie! Taki mądry był, a sam złapał zarazę! – wtrącił młokos uginający się od ciężaru wybranych towarów.

Inny młody przedarł się między rozdyskutowanymi a półkami i rozejrzawszy się,  dobiegł do drzwi, by z hukiem je zamknąć. Aż spadły z regału i poturlały się pod moje nogi trzy nie tak znowu niewinne, kuszące witaminami cytryny.

Na chwilę zapadła cisza. Podniosłam cytryny i po chwili wahania położyłam je na zauważonym małym transporterze sklepowym, obok jakichś wybrakowanych owoców.

– Jak to pani wytłumaczyć… – mówił  do kasjerki kolejny klient – siwowłosy, zażywny jegomość o imponujących gabarytach.

– Podwyższanie ceny, jak to bywało i teraz widać choćby na wędliniarskim czy w cukierniczym, to nie to samo, co podnoszenie jakości  produktu. Taki cukier na przykład – postawisz go na wyższej półce towarów luksusowych, a on będzie miał nadal 100 procent cukru w cukrze. Dzisiaj nie jest droższy, bo mu nagle nie przybyło, powiedzmy 20 procent. Widział zresztą kto taki cukier, by miał 120 procent cukru w cukrze? A wędlina ma więcej mięsa, że droższa?  A wtedy chcieli, bym płacił za cukier, jakby miał 120 procent.  Dziś tak samo za wędlinę chcą. I końca nie widać… Co pani na to? – wwiercał się oczami w twarz wyraźnie już zniecierpliwionej kasjerki. Natychmiast  zareagowała:

– Panie, tu nie uniwersytet ani ministerstwo! Kupuje pan czy nie? Jak nie, to proszę innym klientom nie zastawiać kasy!

– Też coś! Uniwersytet… – siwowłosy klient prychnął i demonstrując wstrząsaniem ramion i pomrukiwaniem obrażonego, umknął ku półkom. Dostrzegłam, że rezygnował  z  części  zakupów i wybierał inne z zamrażarki.

Do kasy podeszła starsza niewysoka, siwowłosa kobieta. Z namysłem, majestatycznie wykładała na taśmę swoje towary. Gdy uporała się z nimi,  ni stąd, ni zowąd zaczęła z ożywieniem opowiadać:

– Ki diabeł zamerdał ogonem tym ministrom od roli? Mam dwie wnuczki i trzech wnuków. Wszystkie chcą kaszki z sokiem malinowym albo z cukrem, ciasteczek od babci, leniwych od babci, placka od babci, naleśników od babci… omletów też. Lubią paróweczki cielęce, świeże masełko i dobry kotlecik mielony – wyliczała, raz po raz zerkając na kasjerkę operującą czytnikiem cen.

– To ja teraz chcę rekompensaty od ministra! –  wyrzuciła z siebie jednym tchem.

Na darmo wyczekiwała reakcji kasjerki pochylającej się nad towarami – czytnik najwyraźniej nie rozpoznawał kodów kreskowych.

– Co, źle mówię? –  nie ustawała w próbach dialogu z kasjerką.

– A wie pani,  ledwo co mam dla siebie… – mówiła już nieco zgaszonym głosem.

Kasjerka nadal milczała, zajęta żonglerką produktem i czytnikiem.

– Przepraszam… – widok daremnych siłowań kasjerki ukrócił  jej wylewność.

A gdy żywioły elektroniczne w końcu wyliczyły sumę i z kasy wyskoczył paragon (uff!), teraz z namaszczeniem wydłubywała z pękatej portmonetki moneta po monecie. Kasjerka w skupieniu i cierpliwie zgarniała bilon. Siwowłosa kobieta jeszcze westchnęła i  zamknęła portmonetkę.

– Miało być lepiej, a jest coraz gorzej. Jak żyć, gdy już nie ma z czego rezygnować. A kto biedny lub głodny nie może być godny? –  zaakcentowała. Kasjerka  spojrzała na nią i  odrzekła:

– Dziękuję. Zapraszamy na zakupy. Do widzenia!

Siwowłosą kobietę jakby zamurowało, spojrzała na kasjerkę i  bez słowa po chwili wolno pakowała zakupy do dwóch lnianych toreb: kilka torebek mąki, cukier, sól, jajka, ser w wiaderku, olej, chleb i ziemniaki. Zaraz też, zmagając się z dźwiganiem tylu kilogramów,  zsunęła na brodę czarną maseczkę i z twarzą stężałą od chmurnych emocji (a może duszności) zmierzała do wyjścia jak pokonana. W  uchylonych drzwiach jednak jeszcze się odwróciła, by swój pobyt w sklepie zakończyć nieoczekiwanie wykrzyknieniem:

– Do widzenia państwu!

Wkrótce ustały jakieś nagle ciche komentarze. Pozostali w sklepie, już nieliczni,  wszyscy w maseczkach, milcząc, stali  w kolejce karnie, w odstępach, ze swoimi napełnionymi koszykami.  Atmosfera  zelżała – dwaj następni klienci, starsi mężczyźni, sprawnie wykładali na ladę swoje towary i szybko płacili kartami. Nadzieja na finał przy kasie moich zaopatrzeniowych starań  rosła.

– Dlaczego  w tym w miarę przestronnym sklepie tyle klientowskich i donośnych dyskusji? Niestety, spod maseczek mowa jest zniekształcona, przytłumiona, więc dopiero głośna jest słyszalna… Takich manifestacji poglądów, zwierzeń i dialogów z kasjerkami jednak nie ma w dużych marketach. Kim są ci ludzie? Jest tu jakaś pokrewna dusza? Niekiedy nawet trudno rozpoznać znajomych. A może to zadomowieni stali bywalcy mieszkający w pobliżu? Pandemia z obowiązującymi zasadami bezpieczeństwa już tak długo skazuje starszych, zwłaszcza samotnych i mniej sprawnych, na zamknięcie w domach, godziny milczenia i poczucie izolacji. Naturalne kontakty są ograniczone lub niemożliwe – zamyśliłam się, wertując wspomnienia.

Dawniej w rozgorączkowaniu i pomstowaniu, wręcz wojowniczo, a nie  z poczuciem humoru dla animuszu czy skarżąc się jak tutaj –  dyskutowano niemal wszędzie i po każdej podwyżce cen, wówczas regulowanej odgórnie… – ciągnęłam myśl, już ledwie zerkając na stojących przede mną.

Pobieżnie analizowałam nasuwające się na myśl wątki, które w kotle opinii publicznej, stawianym zazwyczaj na płomieniach frustracji, zawsze bulgoczą… Bezlitosne dla kredytobiorców banki… O nich z przekąsem ktoś niedawno w korespondencji adresowanej do mnie napisał: Dwie tragedie naraz – powietrze morowe i  ja na diecie bankowej. Temat rzeka w komentarzach. Na tej liście narzekań są też podatki z nowo przybyłym CIT. Widoczne na każdym paragonie.

A czyż po obserwacji dyskusji i komentarzy wypisywanych w Internecie na  różnych forach trudno się oprzeć wrażeniu, że wolność słowa i anonimowość  przede wszystkim otworzyły kolejną puszkę pandory – z hejtem i fake newsami. Na drugim koniuszku tej nici od lat jest telewizja zjadająca zegary ludziom wybierającym bierność. Tak oto żywy dialog w epoce alienacji, nasilonej  pandemią, osiadł na mieliźnie. Ostygł. Empatia zszarzała, skruszała. Kto choćby się wychyli ze szczerą ludzką mową do strapionych, gdy pospiech, kolejka, nakazy, przyjęty kanon…

Kultura, twórczy zapał… i ścieżynka online – żachnęłam się na samą myśl o skutkach zamęczania oczu kilkunastogodzinnymi aktami woli twórczej i dodatkowo rozpoznawaniem, co też świat w tym czasie stworzył, rozstroił lub popsuł. A kto w domowych izolatoriach czyta książki, literaturę piękną? Dzieci, młodzież, studenci mają lektury obowiązkowe. A ich rodzice, starsi? Biblioteki zdigitalizowały górę klasyki. Dostępna online. Niechby malkontenci sięgali po  źródła, w których dojrzą słońce wychylające się ze słów, obrazów, kapiące z piór wielkich duchem, zamiast zanurzać się w smoliste bajora utyskiwań, złości i innych poczwarnych emocji, szkodliwych nawet dla zdrowia.

Nie tracić ducha – to najważniejsze! Kto żyw, niech wypowie wojnę zwątpieniu i czarnowidztwu! – postulowałam w myślach, bezsilna wobec okoliczności, w których jedyne ogniki zdawała się podtrzymywać ludzka troska o pożywny stół codziennej biesiady.

Przypomniałam sobie, nie wiedzieć dlaczego w tym momencie, zasadę wiekowej uniwersyteckiej profesor historii, która tak mnie zdumiała swoim wyznaniem: 2 razy na klucz. Gdy wychodzę z domu, zamykam nie tylko drzwi, lecz także usta. Z obcymi tylko na dystans, a co najwyżej z daleka: dzień dobry albo z uśmiechem się odkłaniam – znajomym. Była żywym przykładem tej godnej postawy, ciesząca się autorytetem, szacunkiem, w tym dla swojego wieku. Tyle że choćby się waliło i paliło, swoją powściągliwością, przeciąganą do granic absurdu,  rozsiewała wokół siebie pustynię. A życie przemilczało  niejeden nokturn nad pustym stołem. Bieda sama zamyka usta upokorzonym zadawanymi przez nią udrękami… – moje nagle rozdarte cieniami rozmyślania przerwała  stojąca przede mną w kolejce skromnie ubrana dziewczyna:

– Dla mnie również, a jestem studentką, każdy grosik ma wymiar godności życia! – oświadczyła, zbliżając kartę kredytową do terminalu.

Stefania Pruszyńska

Ilustracja: INTRO 1, Stefania Pruszyńska. Praca z cyklu: Obrazy z oazy. Pandemia 2020/2021

Wszelkie prawa zastrzeżone


(Publikacja zaktualizowana)

Tags: