Z rozdartą duszą i strzępami dobytku… Dramat Ryszarda Włodarczaka

1-ryszard-wlodarczak-fot-stefania-pruszynska2-wnetrze-mieszkania-r-w-obrazy-fot-stefania-pruszynska3-we-wnetrzu-mieszkania-r-w-z-obrazem-matki-boskiej-czestochowskiej-fot-stefania-pruszynska4-we-wnetrzu-mieszkania-r-w-fot-stefania-pruszynska5-ryszard-w-zwyrwanym-gniazdkiem-elektr-fot-stefania-pruszynska6-w-mieszkaniu-r-w-barlog-fot-stefania-pruszynska7-r-w-na-podworzu-posesji-ze-szczatkami-mebli-fot-stefania-pruszynska

Ta relacja z miejsca dramatu dowodzi, że samotny, starszy człowiek, bezradniejący, bo bez  środków do życia, może się  stać skazańcem. Banitą spod dachu bez rychłej szansy na ludzkie warunki egzystowania. W XXI wieku, w Polsce wolnej, swobód obywatelskich i istniejących  struktur prawa,  pomocy społecznej i socjalnej… 

– Nowa era:  śmieci i ludzie pospołu –  do kontenera – mówi  Ryszard Włodarczak,  komentując okoliczności swojego  i wielu  innych, zwłaszcza osób starszych,  dramatycznego położenia, niepewności  losu,  poczucia zagrożenia.  I wskutek odbierania dachu nad głową, bezdomności, bezrobocia,  i jedynie mglistych perspektyw   zamieszkania  w  jakichś nieokreślonych, nieistniejących raczej, a  docelowych  lokalach z socjalnego nadania…

Cytując  strofy  wiersza Władysława Broniewskiego, pan Ryszard recytuje:  „Kiedy przyjdą rozwalić  twój dom”… I  dodaje: „Zaciśnij  dłoń, stań u drzwi i dzielnie się broń!”…

Ryszard Włodarczak, 61-letni mieszkaniec poznańskiej kamienicy przy ul. Chwiałkowskiego 1 m. 2,  niemal po  40  latach życia w tej posesji  i ok. 30 latach stałego w  niej zameldowania, usiłuje teraz  przetrwać ze statusem uprawnionego do lokalu socjalnego z tym, co go doświadczyło  tak mocno –  po  podstępnych próbach wyrzucenia go stąd i bezprawnym pozbawieniu go całego dobytku. Pozostaje  w zdewastowanym mieszkaniu, bez prądu, mebli,  sprzętów, środków do życia, na  darowanym łóżku polowym i przy ocalałym pośród kilku – obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej. Trwa – z rozdartą duszą,  w poczuciu niepewności  losu  i zagrożenia.

Pan Ryszard nie przypomina ani Drzymały, który sposobem  zapewnił sobie i mieszkanie w wozie, i obronę przed obstrukcyjnym  prawem zaborcy pruskiego, ani też bohatera „Placówki” Prusa… Ale ma na szyi wisior chyba z kilkudziesięcioma kluczami… – swoistymi sprzymierzeńcami w zmaganiach co rusz to z nowymi zamkami w drzwiach do mieszkania i do piwnicy… – co  wyjaśnia jego sytuację i napięcia w  walce o dostęp do tych lokali i swojego mienia, blokowanych przez właściciela…

To zaś, co zastaję w zajmowanej przez niego  posesji na Chwiałkowskiego 1 m. 2 w Poznaniu, trudno określić lokalem mieszkalnym, zdatnym do użytkowania. Ściany skute w wielu miejscach aż do muru, powyrywane gniazdka elektryczne, wykuta dziura między małym pomieszczeniem wygospodarowanym z powierzchni kuchni na WC, na podłodze materac wielkości siedziska dużego fotela, pod ścianą podokienną złożone łóżko polowe, a pod drugą ścianą – kilka obrazów o tematyce sakralnej, z szybami pokrytymi pyłem i zachlapanymi gipsowymi plamami. Jakieś deski i bodaj jedno tylko ocalałe krzesło na środku…

W  rozpaczliwym akcie samoobrony 2 lipca tego roku zabarykadował drzwi… meblami,  które  jeszcze ocalały  po sprzed paru dni pierwszym  bezprawnym i  podstępnym akcie zaboru jego wielu ruchomości, dokonanym pod jego nieobecność domu. O tym, że wyrzucono z mieszkania  jego rzeczy i część jego mebli, poinformowali go znajomi. Powrócił tutaj, by  się przekonać o tym na własne oczy. Nie mógł jednak wtedy wejść do lokalu.

– Przed tym poniedziałkiem, 2 lipca, dopasowałem klucze, bo właściciel znów zmienił zamek. Nie wyłamałem tego zamka… Wszedłem do mieszkania i się przeraziłem. Zniknęło tyle moich rzeczy: zabytkowy dębowy stół na 12 osób, maszyna do szycia, adaptery, zabytkowy telewizor, przyrządy pomiarowe… skrzynka z narzędziami i dokumenty! –  mówi pan Ryszard, usiłując ogarnąć te straty.

I dodaje: – Przedsięwziąłem jednak pewne kroki. Poprosiłem trzy osoby z kręgu moich znajomych, by to zobaczyli.

Potem przeczekałem tutaj do poniedziałku. – Zresztą nie sam. Była tu moja znajoma. Przeczuwałem, że tego dnia coś się wydarzy. Jeszcze w nocy, ja,  61-letni inwalida, nerwicowiec, zabarykadowałem drzwi. I rzeczywiście, o 9.00 – łomot do drzwi! Przypuszczalne było tam ich czterech. Zapytałem, kim są i czego chcą.  W odpowiedzi usłyszałem: policja!

Żądali, żeby otworzyć, ale nie chcieli się pokazać. Powiedziałem: nie otwieramy i zażądałem, żeby odeszli. Potem wezwałem policję. Aspirant Kąkol zapytał, czy awantura się już skończyła. Wtedy był już spokój.  Ale po godzinie ok. 10.30 i później ok. 14.00 – powtórka: łomot do drzwi, wyważanie… Mówili, że mają nakaz prokuratora. W końcu użyli łomów, wybili deskę w prawym skrzydle drzwi. Uderzyli mnie łomem w nogę… Wyciągnęli drzwi, krzesła z barykady.  Patrzę, stoi też  M.S. – właściciel kamienicy. (Jego głos słyszałem zza drzwi już podczas akcji bombardowania). Po wyważeniu drzwi on albo kto inny zrobił mi zdjęcie… – mówi, rozedrgany…

Z barykady do komendy policji. – Przyjechała wtedy policja. Policjant w założonych rękawiczkach (procedura zachowawcza? – przyp. mój S.P.) zażądał okazania dokumentu, żeby ustalić moje personalia. A potem zapytał:  Czy pan wyjdzie sam, czy mam pana wyciągnąć? Dokumentów nie miałem ani przy sobie, ani w mieszkaniu – zostały przecież wyrzucone przez pana M.S. albo jego ludzi! Dobrowolnie ustąpiłem w tej rozmowie z policjantem i pojechałem na policję,  do komendy na Chłapowskiego (byłem tam od 14.30 do 20.30). Zostałem wprowadzony do pokoju przesłuchań. Złożyłem zeznanie. Nie było w nim jednak wzmianki o tej sytuacji z ustalaniem mojej tożsamości… – pan Ryszard relacjonuje z namysłem.

Gdy zapytałam go o kopię tego zeznania, stwierdził, że  nie dano mu jej i że jest ona dostępna do wglądu adwokata.

– Byłem zatrzymany jako świadek z uprzedzeniem – dodaje pan Ryszard i kilka jeszcze razy powtarza: – Z uprzedzeniem! Potwierdziłem, że będę dostępny pod zgłoszonym telefonem i podpisałem, że będę odpowiadał na telefony i że nie miałem nigdy żadnych spraw karnych. Byłem wolontariuszem „Redemptoris Missio”, pomagałem  i pracowałem w „Barce” – podkreśla,  z wyczuwalną dumą  z takich swoich wyborów i ich wartości.

– W tym czasie, gdy byłem na komendzie  – wyrzucono resztę moich mebli i rzeczy z mieszkania… I tak wygląda to mieszkanie… a na podwórzu – reszta, same kawałki i strzępy – puentuje pan Ryszard.

– Opiekowałem się babcią, inwalidką na wózku… Ryszard Włodarczak, zapytany o początki swojej egzystencji w tym mieszkaniu, mówi:  –  Najpierw  byłem w posesji przy Chwiałkowskiego 1 m. 2  zameldowany tymczasowo.  Wcześniej,  w  1956 r.,  mieszkałem z rodzicami i dziadkami na ul. Czesława. Babcia zamieniła mieszkania i zamieszkała tutaj. Była inwalidką na wózku. Do niej i do dziadka dochodziłem, aby odwiedzać ich i  im pomagać. Po śmierci dziadka w 1974 r. zameldowałem się tymczasowo tutaj, aby się opiekować babcią. Potem otrzymałem wezwanie z urzędu, abym określił, gdzie mam być zameldowany. W którymś roku po 1974 zostałem zameldowany tutaj na stałe. W 1990 r. moja babcia zmarła. A to babcia z dziadkiem byli głównymi najemcami tego mieszkania. Byłem niespokojny, gdzie będę mieszkać, tu jest przecież prywatny właściciel, nie mam prawa do lokalu, mam jednak meldunek.

W sądowych potyczkach o status. Doświadczył  pan Ryszard  wiele  męki, na którą skazuje  długa, wieloletnia droga po salach rozpraw  w  sądach i  walka  o prawo do lokalu  ze  statusem najemcy ze stałym zameldowaniem, które już miał  od lat siedemdziesiątych.

– Właściciele kamienicy, ludzie z Katowic i Ostrowa, utrzymywali, że chcą tutaj, w tym mieszkaniu, mieszkać, także ich kuzynka. (Podobną sytuację jak moja miała kobieta mieszkająca w tej kamienicy na piętrze). W urzędzie mi powiedzieli, że zgodnie z przepisami należy w tej sytuacji wystąpić do sądu z pozwem o nadanie statusu najemcy. (A nie ukrywa pan Ryszard, że  bał się sądu, lecz go podtrzymano na duchu  i zachęcono do starań).

– Odbyła się sprawa. Sędzia Sądu Rejonowego Anna Jarosz stwierdziła w styczniu 1991 r., że wchodzę w stosunek najmu w miejsce zmarłej Bronisławy Jałoszyńskiej, mojej babci – oznajmia pan Ryszard.

Nowy właściciel kamienicy miał  inne plany. Poszkodowany pan Ryszard kontynuuje swoją smutną opowieść:

– Mieszkałem jednak legalnie.  Nigdy wcześniej nie było potrzeby interwencji czy wzywania do płatności. Myślałem, że gdy będę płacić czynsz i mieszkać, będę miał prawo do tego lokalu – nie ukrywa pan Ryszard swojego poczucia zawodu, które zresztą nasiliła nagła nowa zmiana.

– Dowiedziałem się, że kamienica została sprzedana. I się zaczęło! Nowy właściciel M.S. po jakimś czasie wizytował mieszkania. Pewnego razu jednak powiedział, że chce tutaj urządzić administrację i w związku z tym proponuje mi inne mieszkanie na ul. Umińskiego. To mnie przeraziło. Wsiadłem do samochodu i pan M.S.  pokazał mi to mieszkanie – oficyna, pokój z kuchnią w trakcie remontu, kuchnia bez okna (okno z kuchni do WC), 4 piętro, widok na dachy. Proponował mi też mieszkanie na Jeżycach, ale tam się ściany rysowały…

Na bruk. – Od tego momentu, gdy odmówiłem przyjęcia tych propozycji innych mieszkań, rozpoczął się konflikt. Czynsz stopniowo wzrastał, a ja nie  mam żadnych dochodów, od kilku lat nie otrzymuję pomocy z opieki – wyjaśnia pan Ryszard. Ile teraz wynosi czynsz?!

– Pan M.S. wypowiedział mi mieszkanie w 2002 r. To było 3-letnie wypowiedzenie najmu. Jakiś czas płaciłem. Wcześniej zapowiedział, że mi odetnie prąd i wodę. Szukałem pomocy, byłem u adwokata Macieja Maciejewskiego i innych… A w sumie przez te wszystkie  lata razem z apelacjami odbyły się 4 sprawy w sądach. Ale ostatecznie – przegrałem. Otrzymałem status uprawnionego do lokalu socjalnego. Tutaj, w tej sprawie  Miasto nie dopilnowało, ale to sąd ma obowiązek poinformowania o takiej sytuacji… – pan Ryszard mówi o tym nieco chaotycznie, w rozżaleniu…

Z matni. Do wypowiedzi pana Ryszarda włącza się nagle pan Robert Popiółkowski ze Stowarzyszenia  Pomocy Eksmisyjnej: – Stanowisko pana M.S. jest takie, iż jest pan wymeldowany z uwagi na to, że opuścił pan ten lokal.

– Była podobno podjęta jakaś procedura wymeldowania… Nie wiem nic o tym, nie mam dostępu do skrzynki pocztowej – odpowiada pan Ryszard.

– Właściciele nie dają kluczy do skrzynki, gdy jest zadłużenie – komunikuje pan Robert.

– W tej właśnie sprawie chodziłem… Właściciel działał samowolnie, bez decyzji – wyjaśnia  pan Ryszard… Moje meble zostały wyrzucone i zniszczone.

– M.S. dysponował w tej sytuacji pana majątkiem wbrew pana woli. A warto to też wiedzieć, że nawet krzesło po babci stanowi  wartość sentymentalną – dopowiada pan Robert.

– Tutaj miałem też co trzy dni włamania do mojej piwnicy. Od dwudziestu lat! Zgłaszałem na policję. Miałem trzy piwnice z różnymi rzeczami. Te piwnice stały puste, więc tam złożyłem te różne moje  drobiazgi, rzeczy, narzędzia. Jestem majsterkowiczem i te rzeczy zawsze mogą się przydać, są potrzebne. Sam wiele razy w mieszkaniu z nich korzystałem do różnych koniecznych napraw, zmian.

Przyjechała policja. Policjant mnie zapytał, czy mam tytuł prawny…

– Nie… – powiedziałem.

– To nic nie możemy zrobić – odrzekł.

– A to wszystko dlatego, że wejście do piwnicy jest od podwórza. Nie chronią go oddzielne drzwi z domofonem – stwierdza pan Ryszard.

Robert P.:  – Pan S.  zarzucał, że nie dba pan o ten lokal…

– A ja tymczasem założyłem ogrzewanie elektryczne piecowe, junkers do wody, zmieniłem instalację elektryczną i uzupełniłem instalację… –  pan Ryszard wymienia wykonane przez siebie prace w tym mieszkaniu.

Nie mieć. Zapytałam pana Ryszarda: Dlaczego znajduje się w takim położeniu, a stwierdza, że jest inwalidą? Czy nikt nie radził mu np. zebrać dokumentów związanych z pracą i wystąpić do ZUS o rentę? Gdyby miał odpowiednie,  wymagane, mógłby choćby  te należne środki sobie zapewnić.

Pan Ryszard  zawahał się,  nieco  zaskoczony:

– Takie odpowiednie dokumenty na pracę… ale żadnych przecież teraz nie ma! Wszystkie zostały wyrzucone i zniszczone przez ludzi właściciela kamienicy.

Dopowiadam, że dokumenty można odtworzyć z miejsc pracy, a nawet posiłkować się zeznaniami świadków, choć to bywa niełatwe, jednak warto zadać sobie trud, aby należne pieniądze uzyskać.

– Dlaczego nie pomogli panu w tym wcześniej, przed tymi dramatycznymi wydarzeniami,  ludzie z opieki?  – pytam, poruszona do żywego takim zaniedbaniem i potraktowaniem  pana Ryszarda.

– Pomagają mi jednak inni. Byli z Rozbratu, jest zaangażowane Stowarzyszenie Pomocy Eksmisyjnej, także inni dziennikarze, adwokaci… – pan Ryszard podsumowuje te akty dobrej woli.

Sztuka absurdu. Wychodzimy z mieszkania. Pan Ryszard przed kamienicą chwyta te resztki swojego dobytku. Jak ma się pogodzić z takim ogołoceniem go ze wszystkiego, z przemocą, stratą?

Gdyby nie dramatyczne okoliczności, że to zniszczony bezprawnie dobytek pana Ryszarda, można by tej stercie połamanych desek, fragmentów mebli i  szczątków sprzętów na podwórzu przypisać cechy sztuki  prowokacji. A rzeczywiście – to dzieło profanacji prawa. Sztuka absurdu.

Tekst i fot.: Stefania Pruszyńska


Tags: