Zegar Boscha – Mikołaj Bogajewicz

Moment, w którym poznałem twórczość Hieronim Boscha mogę wskazać z największą dokładnością. Album z jego malarstwem był bowiem gwoździem programu pewnej noworocznej domówki. Był rok 1983. Za chwilę orwellowskie wizje miały zapanować nad całym światem, a rekwizytorium okropności i piękności Boscha doskonale wpisywało się w ten klimat. Na oryginały Boscha czekałem niezmiernie długo. W Alte Pinakothek w Monachium obejrzałem tylko jego naśladowcę, a dalej nie udawało mi się dotrzeć. Nie rezygnowałem jednak ze swoich planów podboju Europy.

W Wenecji jednego dnia można podziwiać malarstwo Boscha w Galeria dell` Accademia i w pałacu dożów, a także prace jego późnych odkrywców w Kolekcji Peggy Guggenheim (Collezione Peggy Guggenheim). Mam na myśli przede wszystkim Maxa Ernsta i Salvadora Dali.

To surrealistyczne odczytanie Boscha wydawało mi się przez wiele lat naturalne lub wręcz oczywiste. Mimo to pierwsze wrażenie obcowania z tajemnicą, która zaprasza do świata snów i swobodnej gry wyobraźni stopniowo bladło. I zacząłem sobie z wolna zdawać sprawę z tego, o czym tak naprawdę mówi do mnie ten pedantyczny Niderlandczyk. Kliszę surrealizmu zamieniłem na inne odniesienia, szukając w obrazach starego mistrza prawdy psychologicznej czy socjologicznej. I tak Bosch przestał być dla mnie „awangardowy”, a zaczął mi przypominać XIX -wiecznego krytyka hipokryzji i stosunków społecznych – wielkiego Honoré Daumiera.

Umiejętność zestawienia groteski, karykatury z powagą w jednym obrazie, w przedstawieniu jednej, określonej postaci jest u obu artystów kongenialna. Ta zbieżność ich postrzegania świata wskazuje ponadto na fakt fundamentalny. Dla Boscha, podobnie jak dla Daumiera, ważna jest osoba, persona. Natomiast w awangardowych projektach – w tym w nurcie surrealizmu – osobowość jednostki rozmywa się. Persona zamienia się na powrót w maskę, w wagonik przenoszący ludzką energię, już nie w kole wcieleń jak w gnostyckiej filozofii, którą inspirowała się awangarda, ale w dziele budowy nowego ładu, opartego na bezosobowej „jedności”. Wielu surrealistów wstąpiło do partii komunistycznej (André Breton, Louis Aragon). Z kolei Salvador Dali dał się uwieść faszyzmowi, choć w rzeczywistości jego prawdziwym bogiem był sukces, czyli pieniądz. I chyba tylko Max Ernst, z omawianych tu postaci, zdołał oprzeć się wpływowi totalitarnych idei i przechować w swojej twórczości rys indywidualizmu. Wydaje się, że czerpał on z dorobku Boscha w sposób mniej powierzchowny niż inni. Niemniej to, do czego się odnosił, dotyczyło raczej warstwy technicznej. Natomiast sfera duchowa malarstwa Boscha była i jest dla przedstawicieli XX i XXI stulecia niemal niedostępna.

Najłatwiej uświadomić sobie to odwiedzając rodzinne miasto artysty i poświęcone mu muzeum, które mieści się w dawnym kościele. Tu potrzebna jest kolejna dygresja. Drugi ikonoklazm z lat 60. i 70. XX wieku doprowadził do ogołocenia kościołów holenderskich z wszelkich rzeźb, malowideł i dekoracji. Sprawcami pierwszego ikonoklazmu z XVI wieku byli kalwiniści. Za drugą falę zniszczeń, zwanych „modernizacją”, odpowiadali już księża katoliccy i rady parafialne. Wnętrza kościołów stały się sterylne, przerażająco puste. A wiele zabytkowych przedmiotów przepadło. Świątynie – w tym katedra w den Bosch – zaczęły przypominać bazary, które z nieznanej przyczyny zawiesiły działalność. Bo też wierni w większości odeszli. Paradoksalnie dewastacja ominęła kościół świętego Jakuba, gdzie działa obecnie muzeum. Parafia była po prostu zbyt biedna, aby sfinansować „renowację”. Dlatego rzeźby ołtarzowe, częściowo przeniesione z innych, zniszczonych wnętrz, razem ze współczesnymi instalacjami naśladującymi koncepty Boscha, budują niesamowitą, iście surrealistyczną scenerię, w której znalazły się artefakty najważniejsze w tej przestrzeni – kopie obrazów Boscha. Parafia przestała istnieć w 2002 roku, a w 2007 roku otwarto muzeum.

W przypadku Boscha prezentacja kopii nie jest złą koncepcją. Bosch bazował na rysunku, na precyzji opowiadania anegdoty. Faktura malarska, naturalnie również istotna, nie ma tu jednak pierwszorzędnego znaczenia. Do podobnego muzeum Vermeera w Delft po prostu nie poszedłem. Choć mieszkałem w tym mieście przez pół roku. Oglądanie dzieł znakomitego kolorysty w formie plakatów byłoby po prostu stratą czasu. Natomiast muzeum Boscha jest według mnie udanym przedsięwzięciem. Ma ono z pewnością spore walory dydaktyczne. Możemy nagle uzmysłowić sobie kim faktycznie był ten wielki twórca i wypowiedzieć słowo, które stanowi dzisiaj tabu, wyklucza z towarzystwa, wydaje się opresyjne lub co najmniej niemodne – moralista.

Hieronim Bosch żył i tworzył w czasach, kiedy do głosu doszła pobożność indywidualna. Odnowa duchowa, zwana devotio moderna, wyszła właśnie z Niderlandów. Wszyscy znali dzieło Tomasza a Kempisa – także Niderlandczyka – „O naśladowaniu Chrystusa”. Sam artysta należał do prominentnego Bractwa Najświętszej Marii Panny, ale w den Bosch działało także Bractwo Wspólnego Życia, propagujące nowe idee i zajmujące się szkolnictwem. To po stronie raju. A co jest po stronie piekła z ołtarzowego tryptyku Boscha? Przede wszystkim wymienić trzeba wojnę. Także pożar miasta, który strawił około 400 domów. Artysta nie wymyślał przedstawianych przez siebie okropności. On je ukazywał z nieomal reporterską dokładnością – powieszeni wieśniacy, najemnicy przypominający bestie. Karykatury jemu współczesnych faryzeuszy dopełniają obrazu.

Omawianie prac artysty mijałoby się z celem. Ich opisy są ogólnie dostępne, podobnie jak same dzieła. Należy wskazać za to na ważny fakt. Muzeum ukazuje dorobek artysty i proces jego odczytywania w kontekście ciągłych przemian kulturowych. Miasto postarało się o to, aby dialog z mistrzem miał stałą i rosnącą dynamikę. A przynajmniej takie było, jak się wydaje, pierwotne założenie, choć można mieć wątpliwości co do sposobu realizacji. Do muzeum trafiła sztuka współczesna. I tu spotkała mnie przykra niespodzianka. Podziwiam Maxa Ernsta, lubię Salvadora Dali, ponieważ ich dzieła są efektem pewnego ścierania się. Niewątpliwie współcześni artyści holenderscy, których prace widzimy w muzeum, także mają za sobą skomplikowaną drogę. Jednak te obrazy i instalacje w większości zestarzały się natychmiast po realizacji czeku za udział w tej inicjatywie. Powstało osobliwe silva rerum wyrobnictwa i urzędniczej ospałości. Odhaczono wszakże kolejny etap projektu. Turyści na ogół interesują się sztuką współczesną naskórkowo, co zapewnia dystans i brak pytań z ich strony. A zatem bilans przedsięwzięcia idealnie się domyka.

Zwrócę teraz uwagę na niewątpliwe aktywa. Są to gobeliny wykonane przez polskich artystów: Andrzeja i Jerzego Mierzejewskich. Są to koncerty muzyki – wnętrze ma świetną akustykę. Ciekawym eksponatem muzeum jest kopia olbrzymiego zegara z epoki, w której żył Bosch. Oryginał znajdował się w katedrze świętego Jana i został zniszczony w 1584 roku. Podobny zegar, który przetrwał szczęśliwie w katedrze w Strasburgu, posłużył za wzór dla wykonawców współczesnej repliki. I właśnie to urządzenie, stanowiące szczyt ówczesnej techniki, a przede wszystkim jego symbolika jest kluczem do zrozumienia obrazów mistrza. Zegar nie pokazuje jedynie godzin, ale także ruch planet, fazy księżyca, znaki zodiaku. Dla ludzi średniowiecza stanowiło to dowód na idealny plan Boga – świat jest celowy, a jego geometryczny porządek uzmysławia piękno stworzenia. Co godzinę zegar ożywa. Ruchome figury przedstawiające ludzkie grzechy, diabły i anioły przypominają o zbliżającym się nieuchronnie Sądzie Ostatecznym. Każda minuta, odmierzana przez zegar, zbliża nas do końca świata. Czas jawi się jako pułapka, w której człowiek dostaje się w tryby emocji – władzy, dostatku, seksualności – i często marnuje własne życie. W efekcie wpada w paszczę piekielnego potwora z malowideł Boscha. Takie sceny pokazują kolejne automaty, wyłaniające się z wnętrza urządzenia. To nie są wizje oniryczne, jak chcieli surrealiści. To dzieje się naprawdę. Tylko moralne życie może uchronić nas od katastrofy. Taki i tylko taki jest przekaz dzieł Hieronima Boscha. Prosty i wytłumaczalny jak mechanizm zegarowy. Lub jak współczesne modele językowe oraz poruszane przez nie humanoidalne aparaty.

Technologia bywa dobra. Niekoniecznie należy kojarzyć ją z maszynami zagłady, jakie ukazuje Bosch. Mechanizm zegarowy lub choćby komputerowa technika odtwarzania dawnych obrazów to także dobro, wartość dodana cywilizacji. W XX wieku Holandia przyjęła awangardową koncepcję świata, opartą przede wszystkim na wizjach Pieta Mondriana. Proste podziały geometryczne, całkowita rezygnacja z dekoracji, jasny, powtarzalny plan zagospodarowania przestrzeni, sprzyjający po prostu tańszym technologiom, brak ludzkiego błędu, brak jakiejkolwiek alternatywy dla tego projektu. A jednak – lub może właśnie dlatego – publiczność przychodzi do „boschowskiej rupieciarni” sprzed drugiego ikonoklazmu, aby zadać sobie kardynalne pytanie – kim właściwie jesteśmy.

Mam nadzieję, że Jheronimus Bosch Art Center, które miałem okazję odwiedzić w tym roku, okaże się jednym z takich miejsc przemiany, gdzie odpowiedzi na tak ważne pytania są dostępne. Do takiej refleksji skłoniła mnie krótka rozmowa z pracownikiem muzeum. Jest to człowiek wyraźnie powyżej wieku emerytalnego. Przypuszczam, że nie musi pracować, jednak lubi przebywać w tym miejscu. Opowiadał mi o zegarze, jakbyśmy obaj byli jeszcze dziećmi, które po raz pierwszy przyglądają się zagadkom świata.

Mikołaj Bogajewicz

Autor fot.: Mikołaj Bogajewicz

Na fot.: Obraz Hieronima Boscha Kuszenie świętego Antoniego – kopia z Jheronimus Bosch Art Center w den Bosch; oryginalny obraz znajduje się w muzeum Prado w Madrycie


Tags: