Zielonych chirurgów zobaczyłam, gdy już kończyli swoje dzieło. Zagadnęłam z wyrzutem stojącego najbliżej przy chodniku:

−  Uroda tej bujnej wierzby  cieszyła wielu…

− Ja sobie tego nie wymyśliłem! Mieszkańcy bloku, ci na wyższych piętrach, skarżyli się, że gałęzie zasłaniały im latem światło − odpowiedział.

− A może te konary stukały w szyby? A podczas burzy i wichury mogły się i tak złamać… Nie, to raczej niemożliwe! Nie widać, by były spróchniałe… Jak się z tym  pogodzić?  Szkoda, że posadzono ją w tym miejscu.  Mogła rosnąć gdzie indziej i zaznawać swobód…  − dumałam w rozżaleniu.

− I tak to szczęście, że nie przytrafiło się jej coś gorszego! − wykrzyknął  przechodzący nieopodal starszy mężczyzna. I uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo, kiwając jednak głową z dezaprobatą i pomieszaniem.

− Proszę pomyśleć, że to tylko postrzyżyny albo teraz o tej porze roku − uzdrawiający zabieg chirurgiczny. W znieczuleniu! − skomentowała znajoma lekarka, zatrzymując się na chwilę i badawczo na mnie zerkając.

− Tak! Życie jest silniejsze, przebije się do słońca! −  z uśmiechem i już z energią odpowiedziałam na jej przenikliwą uwagę.

Tekst i fot.: Stefania Pruszyńska

Na fot. 1: Wierzba wiosną 2016 roku

Na fot. 2 − 4: Wierzba przedwiosenna w 2017 roku.

Fotografie wykonałam w momencie, w którym zieloni chirurdzy większość obciętych konarów i gałęzi już załadowali na przyczepę.


Tags: