Rozmowa z Ryszardem Liminowiczem, prezesem Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, oddział w Poznaniu.
Myślę, że warto przypomnieć pokrótce o początkach istnienia Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej.
– Przebudzenie nastąpiło w latach 80., a finał mieliśmy w 1989 roku. To data początku istnienia Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej w obecnym kształcie. Było tak wiele formalności, bardzo wiele trudności do pokonania, zanim ono powstało. Tu nie było mojego udziału, starsi to uczynili. A było ich wielu, trzeba by tu podać dużo nazwisk. Obecnie nasze stowarzyszenie liczy ok. 200 osób, które uważają się za członków.
A jakie jest zainteresowanie młodzieży działalnością stowarzyszenia?
– Młodzież nie jest zbyt zainteresowana problemami, którymi się zajmujemy. Jest jednak zainspirowana wieloma wątkami, czemu służy popularyzacja np. kaziuka. Tutaj nie ma certyfikatów konsumpcji ani intelektualnych. Wiele zaś mamy realizacji w postaci wydarzeń, spotkań i akcji: kwesta na Rossę, bigos nowogródzko-wileński z koncertami i zaproszonymi artystami, gośćmi, majówki, kaziuk, zbiórki darów dla Polaków na Wileńszczyźnie, koncerty dla Wilnian, które inaugurują tę zbiórkę darów. Telewizja Poznań nakręciła film, mieliśmy pokaz multimedialny zdjęć.
Gdzie zaczęła się Pana droga?
– To oczywiście Wileńszczyzna, Nowogródczyzna, Trzeciliszki – moje rodzinne strony.
Pana inicjatywy w ramach Towarzystwa są znane w kręgu nie tylko członków, lecz także sporej rzeszy mieszkańców miasta i regionu Wielkopolski – bywalcom licznych organizowanych imprez, wielu aktywnym zaangażowanym na rzecz akcji prowadzonych przez Państwa. Którą ze swoich inicjatyw i realizacji szczególnie Pan wspomina i uważa za wyjątkową?
– To na pewno moja inicjatywa związana z wydaniem (w 1999 r.) przeze mnie tomiku poezji Michała Wołosewicza – strażnika grobu Maryli Wereszczakówny. Postać tego człowieka jest niezwykła, bo to on przywrócił pamięć o ukochanej Adama Mickiewicza, o nich dwojgu. Sam zresztą był piewcą jego poezji, miłośnikiem polskości. O Maryli Wereszczakównie usłyszał od niewidomej staruszki, która w dzieciństwie była służącą w majątku Puttkamerów w Bolcienikach. To właśnie ta kobieta znała osobiście Marylę Wereszczakównę z domu, a po mężu – Puttkamerową. Michał Wołosewicz bardzo się interesował losami Adama i Maryli, a ich wzajemne uczucia i dzieje inspirowały go do twórczości.
Tomik Michała Wołosewicza miał zilustrować Władek Saletis – artysta z Wilna, który tutaj, w Poznaniu, skończył Akademię Sztuk Pięknych i robi wiele dla naszego kaziuka, np. scenografię. Zdarzyło się jednak coś, czego nie przewidziałem. Chodzi o to, że na okładce zaplanowane były konie – pegazy, co miało związek się z miejscem pochówku Michała Wołosewicza – Bieniakoniami. Co do Bieniakoni – ta nazwa wiąże się z legendą o tym, że konie uciekły Bieniowi i tam właśnie zostały znalezione. Od tej nazwy nazwałem ten zbiorek poezji przewrotnie „Konie Bienia”.
Władek namalował lekkie konie na łące ze skrzydłami, które lądują w półśniegu. Było tam też ogrodzenie z żerdzi. Sielskość i delikatność.
I co się okazało. Tomik wydrukowano. Dostaję go do ręki, a tam, na okładce – potężne konie Rubensa… To nie do opowiedzenia, co odczułem! Tak zdecydowano w drukarni. Nakład tej książki to 1000 egzemplarzy.
To niesamowite! Jak to możliwe? A powracając do kaziuka w Poznaniu, ciekawi mnie, bowiem dotarły do mnie różne sygnały, proszę się pochwalić, jacy goście spoza Poznania czy Wielkopolski przyjeżdżają na to święto?
– Na naszego kaziuka zjeżdża wiele osób z zagranicy: z USA, Kanady, z całej Europy, Berlina…
Rozmawiała i fot: Stefania Pruszyńska
Publikacja z Gazety Autorskiej „IMPRESJee” www.impresjee.blox.pl, z 14 kwietnia 2012 r.
