Tylko dwa razy zetknąłem się z Nim osobiście. O mnóstwo razy za mało… Choć przecież i te spotkania były niezwykłe dla mnie. Dla nas.
Otóż w 1. Połowie lat 70. udało mi się trafić do Soczewki koło Płocka, na obozy dla dziennikarzy studenckich, organizowane przez nieistniejący już dziś, ale wówczas największy, tygodnik studencki „itd.”. Choć młodych, akademickich żurnalistów było mrowie – udało mi się „przedrzeć” na te obozy.
I traf zdarzył, że właśnie wtedy na krótko pojawiał się w kraju znany już wówczas reporter Kapuściński. A wtedy nigdy nie odmawiał przyjmowania zaproszeń od zdecydowanie młodszych kolegów po piórze.
Nie pamiętam już, o czym z Ryszardem Kapuścińskim wtedy rozmawialiśmy. Dniami i nocami. Opowiadał nam On o swojej pracy, o swoich wędrówkach po świecie, o swoich spotkaniach z Innymi. Zapamiętałem z tych spotkań, jakże za krótkich, Jego uwagę zasadniczą: trzeba być dobrym człowiekiem, by móc zrozumieć drugiego człowieka. Innej rasy, kultury, religii.
Zapamiętałem również klimat tych spotkań: wyłącznie dobre fluidy płynące ku nam od tego Człowieka. „Dobry i mądry” – napisał o Nim teraz w pożegnaniu Adam Michnik.
Takim był właśnie dla nas podczas soczewkowych spotkań Kapuściński: dobrym i mądrym. Każdego z nas słuchał uważnie. Zdawało nam się nawet, że „indywidualnie”, choć zawsze była nas tam spora, kilkudziesięcioosobowa trzódka, a prawie każdy chciał o coś zapytać czy coś powiedzieć. Słuchał całkiem poważnie, choć przecież niektóre nasze „wystąpienia” musiały być dla Niego chyba śmieszne. Słuchał nas tam jakby – to niesamowite! – z pokorą. Jakby od nas też się czegoś uczył. I zawsze patrzył nam, każdemu z nas, w oczy. Prosto w oczy.
Tadeusz Golenia