O wróbelku artyście i melomanie w rozmowie z Anią Szwak – Stefania Pruszyńska

Wróbelek Kuba Ani S. Fragm. fot. z galerii Państwa Witkowskich

 – Kochał muzykę poważną – śpiewał z takim przejęciem, prężąc się na swoich cienkich nóżkach i  wydobywając ze swego miniaturowego gardełka przepiękne dźwięki – wspomina z rozrzewnieniem Ania Szwak. Jednak pierwsze z nim spotkanie, jak się okazało z jej opowieści, miało dramaturgię iście szekspirowską – w pyszczku kota za moment byłby jego śniadaniem, gdyby nie natychmiastowa akcja ratunkowa wujka Ani.

– Wujek przyniósł mi go – ocalonego. Był malutki, szary z żółtym dziobkiem. Wzięłam wróbelka delikatnie na ręce i umieściłam w czerwonym koszyczku. Postanowiłam od razu być jego dobrą opiekunką, tylko  zastanawiałam się, jak go karmić. Wymyśliłam dobry sposób – pęsetą, do której nałożę muchy i dżdżownice. Na początku karmiłam go często, z przekonaniem, że trzeba właśnie w ten sposób. Później sam zaczął się upominać – do tego stopnia, że zmuszona byłam wstawać skoro świt na jego intensywne ćwierkanie.

– Byliście u wujka, czy tam razem mieszkaliście?

– Tam tylko byliśmy w gościnie w  domu babci na wsi. Wkrótce przewieźliśmy go do Poznania – wyjaśnia.

– Ach tak! A jak tę przeprowadzkę do dużego miasta przeżył? To inne otoczenie,  warkot samochodów…

– On przebywał tylko w domu, nie znał niczego innego, więc nie było różnicy. A rozwijał się szybko. I zżywał się ze mną i całym otoczeniem w domu.

Ania uśmiecha się i chwilę milczy.

Artysta meloman – wróbelek Kuba Ani Szwak podczas śniadania z Janem Witkowskim. Fot. z archiwum Państwa Witkowskich. Oprac. graf. Stefania Pruszyńska

– Miał różne swoje przyzwyczajenia. W klatce był tylko wtedy, kiedy to było absolutnie konieczne. Zazwyczaj jednak – cały dom był dla niego. Trzeba było uważać, żeby nie uciekł, bo to byłoby dla niego śmiertelnym zagrożeniem – nie był przygotowany do takiej wolności, a z drugiej strony – sami nie mieliśmy takiej woli ani sił na to, by nawet wyobrazić sobie, a co dopiero znieść, rozstanie z nim – stwierdza.

– By go w ogóle pozostawić w domu, błagaliśmy tatę. Na szczęście uległ tym błaganiom niemal od razu. Pewnie go rozbroił widok tego ślicznego malucha. W ten sposób Kuba, tak go nazwaliśmy, został członkiem rodziny. Reagował na swoje imię i cmokanie – zaraz się odzywał, przylatywał do nas i dziarsko, wesoło tuptał.

– Przepraszam, Aniu, a wiesz, jak długo się uczył, zanim uznał, że jest Kubą? – zapytałam, zaciekawiona, sama zastanawiając się, kiedy  właściwie mój kocurek  przyjął nadane mu przeze mnie imię  jako własną kocią tożsamość.

Ania zastanowiła się i odrzekła:

– Chyba niedługo. Jednak  nie wiem,  kiedy to się stało. Często mówiliśmy i powtarzaliśmy: Kuba, Kuba, patrząc na niego. To pewnie wystarczyło. Był mądry.  Przywiązał się do nas.  Stwarzał  setki komicznych sytuacji, uczestnicząc w życiu domowym. Na przykład  asystował mojej mamie, gdy na drutach robiła sweter – ciągnął nitki włóczki, bardzo pociesznie się z nimi siłując. Zresztą z włóczek, nici, włosów, a nawet moich szkolnych ściągawek uwijał sobie gniazdko za zegarem stojącym na segmencie!

 Ania roześmiała się na dobre, a ja, rozbawiona tymi fortelami ptasiego jestestwa, wtórowałam jej.  A te żywioły są zaraźliwe – zaskakują, powracają, trzymają niejednego aż do zmęczenia. Gdy w końcu nasz śmiech wystygł, mogłam poznawać ciąg dalszy domowych przygód Kuby.

– Jadł z nami przy stole, zajmując swoje miejsce na rogu. Smakował nie tylko jedzenia dla kanarka, ale i naszego. Miał też swoje domowe zajęcia – popołudniami oglądał z mamą telewizję, a osłonięty delikatnie kocem, energicznie podskakiwał pod nim, żeby się uwolnić. Zabawne, że spał między poduszkami – z rozłożonymi skrzydełkami.

– Z rozłożonymi skrzydełkami? – zapytałam, zaskoczona.

– Tak. Właśnie z rozłożonymi. To było niesamowite! –  potwierdziła Ania, jakby to niesamowite wyjaśniało wszystko, i ciągnęła swoje wyznania:

– Często zastanawialiśmy się, jak jeszcze możemy mu umilać życie. Kiedy zaobserwowaliśmy, że wróble lubią się kąpać w kałużach, postanowiliśmy także Kubie stworzyć warunki do kąpieli. Ale jak? – to był dylemat. W umywalce – nie! Mógłby się utopić! W końcu kupiliśmy dużą szklankę, może raczej szklaną czarę, i w niej właśnie baraszkował, machał skrzydełkami, potrząsał dziobkiem, prychał z radości!

Mówiła, rozbawiona, pewnie jak wtedy, kiedy  swoim pomysłem na beztroskie ablucje sprawiła tyle  frajdy piórkowcowi, jak żartobliwie go nazywałam w myśli.

Po tych scenach i scenkach dotąd opowiedzianych przez Anię nie spodziewałam się jednak, że zaraz dowiem się o największym, a bardzo rzadkim wśród wróbli, talencie jej Kuby.

– Kochał muzykę poważną! Gdy tylko ją usłyszał, zaraz śpiewał z takim przejęciem, że  nie można było się nadziwić. A śpiewał, prężąc się na swoich cienkich nóżkach i wydobywając ze swego miniaturowego gardełka przepiękne dźwięki –  mówiła z rozrzewnieniem.

– Pamięć potrafi  słyszeć i widzieć wszystko, co bliskie, kochane, prawda? – stwierdziłam, ukrywając wzruszenie.

Ania spojrzała na mnie zdziwiona, lecz w lot pojęła moją myśl:

– Tak! Zawsze… To jednak nie to samo, co jest,  gdy jest… – odpowiedziała z markotną miną.

– Kuba był wrażliwy, odczuwał niesłychanie wiele. Przekonywałam się o tym tysiące razy. Kiedyś wyjechałam na siedem dni do Zakopanego. Po moim powrocie długo odreagowywał swoją tęsknotę – spał na mojej szyi. Podobnie przeżył rozstanie, gdy wyjechaliśmy  nad morze. Oddaliśmy go wtedy pod opiekę cioci – tam jednak musiał mieszkać w klatce. Strasznie posmutniał, był osowiały. Może także obrażony? To było i dla nas przygnębiające – wyznała i  na moment  zamilkła.

– A reagował też bardzo silnie na inne osoby. Gdy na przykład przychodziła nasza znajoma, mająca zwyczaj głośnego mówienia, tak głośno świergotał, że  jasne było, że zamierza ją zakrzyczeć. Naśladował ją, przedrzeźniał… A może był zazdrosny, bo chciał być ważniejszy i widział w niej swoją konkurentkę…

Ania zastanawiała się chwilę i nieoczekiwanie, żachnąwszy się, dodała:

– Zdecydowanie nie lubił  czerwonej bluzy mojej siostry – gdy w niej się pojawiała, dziobał ją po rękach. Także wiele razy nam uciekał, ale nagle siadał mi na głowę –  był z powrotem! – Ania triumfowała.

  – Jednak któregoś dnia,  po czterech i pół roku mieszkania z nami, wyfrunął z balkonu. I znikł… –  powiedziała to tak szybko, jakby chciała ten moment natychmiast wyrzucić z pamięci. I zamilkła.

– Znikł… – bezwiednie powtórzyłam.

– Bardzo go kochaliśmy… – zduszonym, cichnącym głosem dodała Ania. I po tym wyznaniu bezradnie, z pociemniałymi oczami, w których tliły się wielkie łzy, ni to zerkała na mnie, ni to w przestrzenie za oknem…

Stefania Pruszyńska

Na fot. z archiwum-galerii Państwa Witkowskich: Jan Witkowski, ojciec Anny Szwak, z wróbelkiem Kubą

Fot. opracowała graf. Stefania Pruszyńska

(Publikacja wznowiona z 2011 r. i zaktualizowana).


Tags: