Dzisiaj sięgnęłam po różne lektury. I cóż… Za co najmniej intrygujący uznałam nagłówek: „Independent woman”. I nic dziwnego, że po lekturze tej publikacji z najwytworniejszym z możliwych – filozoficznym uśmiechem duchowej arystokratki przyjęłam tezy postawione przez autorkę, jakoby kobieta niezależna potrafiła wszystko i tym zrażała panów do siebie, że nie mają poczucia szans u niej czy nie wierzą, że mogliby cokolwiek dobrego dla niej uczynić.
Cóż, drodzy panowie, dżentelmeni, mężczyźni, jesteście zapewne nieprzystosowani do swoich ról, skoro wam przypisuje taką postawę wobec kobiet niezależnych − status quo zniechęconych jedna z nas – Aleksandra Kuca, autorka tej publikacji (w „Interia 360” Dziennikarstwo obywatelskie). Nie zalecam lektury całości artykułu, bowiem od razu przygotowałam właściwy jego fragment.
„A prawda jest taka – kobieta niezależna to najczęściej kobieta twarda wyłącznie z pozoru, o pięknym wnętrzu, spragniona wsparcia i uczucia. Nauczona latami walki o samą sobie – nie sprzedaje tego, co ma w środku na lewo i prawo. Kobieta niezależna to wspaniały dar dla mężczyzny – ale tylko dla najwytrwalszego. A zatem, kobieto niezależna – życie w pojedynkę, choć dostatnie i ustabilizowane – nie daje szczęścia. Wielbicielu kobiety niezależnej – nie zrażaj się! Daj czas sobie i jej. Może nie być łatwo, ale warto!” − stwierdza A. Kuca.
Chciałabym zapytać autorkę tej publikacji, na czym opiera swoje przeświadczenie, że kobieta niezależna i jakakolwiek pragnie być dla mężczyzny darem (niewolnicą?). Przekonanie, że mężczyzna wielbiący kobietę niezależną, samodzielną (łup nie do zdobycia przez niego?) jest skazany na odrzucenie czy niemożliwość zbudowania z nią tej największej wspólnej wieży. Z kolei nie wydaje mi się podstawą do udzielania mu rad w formie zachęt i pocieszania. Czyżby myliła mężczyznę z dopiero dojrzewającym młodym człowiekiem, nastolatkiem, dzieckiem?
– Kobieta − najwytworniejsza, najczulsza i najsubtelniejsza z róż! – rzekł do mnie niedawno ciepłym głosem pewien sympatyczny romantyk na deptaku w Międzyzdrojach. I ni stąd, ni zowąd, pięknie się kłaniając, pobiegł przed siebie. Za parę minut, ku mojemu zaskoczeniu, zdyszany i rozpromieniony, powrócił z pełną uwodzicielstwa i czarów wielką różową różą w różowym obłoczku jakiejś delikatnej roślinki z maleńkimi kwiatkami i starannie związaną w motylka różową wstążeczką. Wzruszona, odpowiedziałam uśmiechem. I zaraz róża (z góry przegrana moja rywalka, co wyszeptał słowami w poetyckim, przelotnym powitaniu), delikatnie położona na stoliku z dymiącą boskimi aromatami kawą, wpatrywała się we mnie jak w panią swoich losów.
W prozie dni powszednich, drodzy panowie, takie sytuacje są rzadkością lub w ogóle się nie zdarzają. Pomyślcie więc, dlaczego tak często źle się mamy w rolach waszych zastępczyń czy specjalistek od spraw trudnych, żmudnych, szczegółowych i w ogóle wszelakich?
Dlaczego coraz częściej najsilniejsze z nas odrzucają trwanie w takich relacjach, które ich kosztem mają tylko wam przysparzać i dóbr, i sukcesów, i satysfakcji, a nam − jedynie mozołu, zmęczenia i wyczerpania sił?
Dlaczego wreszcie coraz więcej nas, kobiet, tak wiele się nauczywszy z waszych postaw, metod, potrafi zdobyć i okazać swoją niezależność czy chłód i służbową pryncypialność, niekiedy jedynie oprawioną w grzecznościowe formalizmy?
Tymczasem marząc przecież o takich ogrodach i oazach życia, w których szczęście wasze i nasze aż kipi, twórczość czy inna aktywność pożyteczna dla was i nas oraz ogółu rozkwita − otworem stoją liczne drzwi do spełnień, osiągnięć i satysfakcji. Z wami, obok was i niezależnie także!
Stefania Pruszyńska